image
Kursy i Szkoła Tarota Zapraszam na kurs Światło i Mrok. Metody unikania zagrożeń duchowych, Józefów k/Warszawy, 24-25.10.2020 r. Kurs poświęcony zagadnieniom duchowego BHP. Lista uczestników zamknięta. Spotykamy się w sobotę, 24.10, o godz. 10.00, Józefów k/Otwocka, ul. Puszkina 3/1    Czytaj więcej...
image
Jan Witold Suliga - Tarot Historia tarota nie ma kresu, nie bez racji bowiem powiadał Eliphas Levi, że ten, kto się z nim wiąże, bierze na siebie jarzmo łańcucha duchowych wtajemniczeń, które rozpoczynają się od Henocha i Hermesa Trismegistosa, lecz nie kończą nigdzie... Czytaj więcej...
* *
image image

Jan Witold Suliga - Moja kabała

 Kabałą zainteresowałem się w połowie lat osiemdziesiątych, w tym samym mniej więcej czasie, kiedy w moje życie wkroczył tarot. Wszystkie trzy, napisane przeze mnie o nim książki ( Tarot. Karty, które wróżą, Biblia szatana, Tarot magów ) były zarazem książkami kabalistycznymi, podobnie zresztą jak, najmocniej osadzona w kabale książka Wielcy magowie świata, w której  przeanalizowałem w oparciu o gematrię dwie pierwsze księgi Tory: Genesis oraz Księgę Wyjścia. 

Słowo „kabała” bywa zazwyczaj rozumiane jako „ezoteryczny przekaz”. Kabaliści uważają, że stanowił on komplementarną, wewnętrzną część objawienia danego Mojżeszowi przez Boga na górze Synaj. Oba te przekazy znalazły odbicie w T orze; w mojżeszowym Pięcioksięgu, a szerzej – w całej Biblii ( mowa oczywiście o Starym Testamencie ), interpretowanej przez żydowskich kabalistów dwojako: egzoterycznie i ezoterycznie.

Egzoteryczna interpretacja obejmuje trzy poziomy egzegezy Pisma. Poziom pierwszy (literalny) polega na dosłownym rozumieniu jakiegoś fragmentu - na przykład historii walki Jakuba z Bogiem zwieńczonego nadaniem patriarsze imienia Izrael (Genesis, 32, 22 i dalsze), którą to opowieść traktuje się jako relację o rzeczywistym zdarzeniu. Sposób drugi (alegoryczny) i trzeci (symboliczny) pozwalają wyjść poza dosłowność i doszukiwać się w tym tekście czegoś więcej – jakiegoś moralnego przesłania lub symbolu zmagań człowieka z mocą uobecniającego się w jego życiu Boga.

Interpretacja ezoteryczna ( kabalistyczna ) sięga znacznie głębiej. Jej wiodącą metodą jest gematria – odnajdywanie i kojarzenie słów lub całych fraz Biblii, których litery posiadają tę samą liczbową wartość. Dzięki gematrii dowiadujemy się, że suma liczbowych wartości liter obozu Manachaim, w którym Jakub walczył z bożym aniołem, ma tę samą wartość liczbową co drugie ( wedle żydowskiego systemu ) przykazanie Dekalogu: „Nie będziesz miał innych bogów obok mnie”. Zważywszy, że Jakub pracował u Labana, czciciela bożków, sprawa staje się zatem jasna. Historia walki Jakuba ukazuje go jako człowieka, który uciekając przed mocami labanowych bóstw nie tylko przeciwstawia im siłę drugiego przykazania, ale i również sam musi zmierzyć się ze swoją skłonnością do bałwochwalstwa, by doznać duchowej przemiany i zawrzeć przymierze z Bogiem.

Ezoteryczne metody kabały nie naruszają tedy egzoterycznego pojmowania Biblii. Przeciwnie. Dopełniają i wzbogacają jej egzegezę o nowe, ukryte treści. Niewłaściwie stosowane mogą jednakże powieść kabalistę na manowce iluzji. Kabalistyczna legenda o czterech kabalistach, którzy dotarli przed tron Boga i tylko jeden z nich powrócił cało z tej wyprawy, pozostali zaś przepłacili ją śmiercią, szaleństwem i herezją, jest tego prawidła doskonałą ilustracją. Sama znajomość kabały i jej metod nie wystarcza. Potrzebne jest coś więcej. Co? Zespół duchowych norm jakich kabalista winien się trzymać. Norm osadzonych w duchu i literze Tory, których kwintesencję zawiera Dekalog.

Legenda ta uświadamia zarazem, że choć kabała wytycza drogę człowieka ku Bogu, to  idąc nią nie zawsze osiągamy zamierzony cel, gdyż istnieją rozmaite jej wersje i odmiany. 

Najważniejszą oczywiście jest kabała żydowska, „matka” wszystkich kabał. Dzieli się ona na trzy, główne  nurty. Nurt pierwszy to kabała magiczna ( jej najbardziej znanym i najwybitniejszym przedstawicielem był, żyjący w XIII wieku, Abraham Abulafia ). Nurt drugi formuje kabała teozoficzna. Rozgałęzia się ona na kilka odmian, z których do najważniejszych zalicza się kabałę luriańską ( nazwa pochodzi od szesnastowiecznego kabalisty  Izaaka Lurii ). Koncentruje się ona na zgłębianiu istoty Stwórcy oraz roli czynu człowieka w restytucji dawnego porządku wszechświata naruszonego w skutek kosmicznej katastrofy, strącenia zbuntowanych aniołów i grzechu nieposłuszeństwa Adama. Do trzeciego nurtu należy kabała mistyczna reprezentowana przez średniowiecznych chasidim („pobożnych”), a następnie przez osiemnasto i dziewiętnastowiecznych chasydow. Jest to kabała ukierunkowująca człowieka na zawiązanie osobistego kontaktu z Bogiem poprzez micwot ( właściwe uczynki ) oraz modlitwę, dzięki której „przylega” on do Boga i z Nim „chadza”. 

Obok kabały żydowskiej istnieje jeszcze, ukształtowana w średniowieczu w środowiskach chrześcijańskich heretyków, kabała okultystyczna sprzężona doktrynalnie z hermetyzmem, alchemią i astrologią. Idee tej kabały legły u podstaw dziewiętnastowiecznego okultyzmu, a wcześniej sekretnych nauk różokrzyżowców i masonów. Jej magiczna odmiana opierała się na kabalistycznej i alchemicznej teurgii. Natomiast uformowany pod koniec XVI wieku i zrzeszający ludzi zafascynowanych duchową alchemią teozoficzny ruch różokrzyża, dokonał fuzji kabalistycznych idei z naukami chrześcijańskiej i hermetycznej gnozy. 

Co do tego, że tarot wywodzi się z kabały okultystycznej nigdy nie miałem żadnych wątpliwości. Jej symbolika była mi bardzo pomocna na przyklad przy tworzeniu talii Tarota magów i pisania o niej książki. Patrząc na Boga i świat przez pryzmat nauk starożytnych gnostyków, heretyków średniowiecza, kabalistów, różokrzyżowców i hermetyków okresu Renesansu i Oświecenia oraz żyjących na przełomie XIX i XX wieku spadkobierców różokrzyżowego dziedzictwa: masonów, teozofów i antropozofów, czułem się dumny, że kontynuuję ich dzieło; że jestem ogniwem łańcucha ezoterycznego przekazu, o którym Eliphas Levi powiadał, iż „zaczyna się od Hermesa i Henocha, a nie kończy nigdzie”. W tym też duchu napisałem wszystkie moje książki i tarocie. 

 

Z drugiej jednak strony przez długie lata pozostawałem również pod silnym wpływem kabały luriańskiej, której teozoficzna doktryna czynu tikkun oraz aktu cim-cum pobudzała moją wyobraźnię i pasowała do magicznej wizji świata, w której człowiek i Bóg stawali się dla siebie partnerami i współkreatorami nowego, odzwierciedlającego pradawną harmonie, porządku wszechświata.

Od tamtej pory minęło piętnaście lat, w moim życiu wiele się zmieniło i znacznie bliżej  mi dziś do wyrosłej na gruncie teszuwa ( nawrócenia, powrotu do Boga ) mistycznej kabały nadreńskich chasidim oraz osiemnastowiecznych chasydów, niż do kabalistycznych dywagacji takich okultystów jak Eliphas Levi, MacGregor Mathers, czy Artur Edward Waite. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta. Po latach studiowania kabały i jej historii zrozumiałem, że wykorzystywano ją do rozmaitych celów, niejednokrotnie całkowicie sprzecznych z duchem Objawienia, z którego się ona wywodzi. To zaś oznacza, że  kabała, jeśli faktycznie jest kabałą, a nie jakimiś popłuczynami kabalistycznej tradycji w stylu modnej ostatnio „pop-kabały”, czy okultystycznych wypocin na temat „kabalistycznej angeologii”, musi pozostać w ścisłym związku z Torą oraz jej jądrem: Dekalogiem.

Z drugiej strony trzeba wyraźnie powiedzieć, że nie istnieje jedna, obowiązująca i słuszna nauka kabały. Należy raczej mówić o „kabale Izaaka Lurii”, „kabale Abulafii”, „kabale Bal Szem Towa”, Raw Mosze Chajima Luzzatto czy Jechiela Bar-Lewa... Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że w kabalistycznej tradycji zawsze istotna rolę odgrywał duchowy mistrz, który z racji swych duchowych doświadczeń, skłonności, a przede wszystkim powołania, inaczej podchodził do kabały i na nieco inny jej aspekt kładł nacisk. Po drugie z tej przyczyny, że każdy z nich dotknął Prawdy na swój, sobie właściwy sposób i żaden jej całej nie ogarnął; a ściślej mówiąc -został przez Nią dotknięty, dzielić się wiec mógł tylko „swoim dotykiem”.  W moim przypadku sprawa okazała się stosunkowo prosta ( choć krętymi ścieżkami do niej dochodziłem ) – spośród wielu „kabał” najbliższa mojemu sercu okazała się ten rodzaj mistycznej kabały, który określam mianem kabały chasidim, a której istotą i jądrem jest teszuwa – powrót na ścieżkę wiodącą do Boga... 

 Teszuwa - powrót do Boga 

Dla przeciętnego „zjadacza chleba” powrót do Boga kojarzy się z nawróceniem, dla chrześcijanina zaś jest ono jednoznaczne z tym rodzajem przesłania, jaki znajduje w Nowym Testamencie. Nowy Testament spisano po grecku. Do nawrócenia odno szą się w nim dwa słowa: epistrefo – zawracać naokoło, obrócić się za siebie oraz metanoia ( od meta – odmiana i noeo – myśleć, rozumieć, pojmować ) oznaczające „odmianę ( przemianę umysłu”), czyli poddanie się „zmianie w obrębie myślenia i uczuć”. Metanoia jest tedy taką przemianą sposobu widzenia siebie i świata, która diametralnie zmienia dotychczasową drogę ( życiową, duchową ) i wpływa na nowe formy postępowania.

Językiem Starego Testamentu jest hebrajski. W jego tekście często pojawia się słowo teszuwa – starotestamentowe określenie nawrócenia. Wywodzi się ono od szuw ( powrót ) i ma kilka znaczeń. W tekstach rabinackich oznacza skruchę ( żal za grzechy, pokutę ) i zawrócenie ze źle obranej drogi. W tekstach mistycznych i poetyckich teszuwa jest symbolem „powrotu do Ziemi Obiecanej” albo „powrotu do Światła Tory”. Ten sam termin pojmowany bywa w kabale jako „zbawienie”, „wybawienie” i „odpowiedź”. Kabała uznaje ponadto, że skoro grzech to zboczenie ze ścieżki Boga, teszuwa wyraża się powrotem na nią w odpowiedzi na wezwanie Boga: "Izraelu, wróć do Ha Szem, Boga twojego". Z niej wreszcie wywodzi się przekonanie żydowskich mistyków, że teszuwa została stworzona zanim Bóg stworzył świat, jest przeto, obok Niebiańskiej Tory, najważniejszym jego fundamentem; „przedwieczną drogą  Przedwiecznego” – jak ujął to szesnastowieczny kabalista, Iccak Luria.

Nic więc dziwnego, że teszuwa i powrót do Światła Tory są dla Żyda „unią dwojga”; warunkiem sine qua non zbawienia. Tak właśnie pojmował tę kwestię święty Paweł, nim  przeciwstawił w swoich Listach nieskuteczne zbawczo „prawo martwych uczynków” ( Torę z wszystkimi jej nakazami i zakazami ) łasce ofiarowanej ludziom przez Boga w osobie Jezusa Chrystusa. No cóż, Paweł wywodził się z faryzeuszy; tego odłamu ówczesnego judaizmu, który kładł nacisk na literalne trzymanie się zapisów Pisma. W skutek bliskiego spotkania ze światłem Zmartwychwstałego jego faryzejska umysłowość zaznała przemiany: żydowska teszuwa ustąpiła pola greckiej metanoi. Faryzeusz stał się apostołem ukierunkowanego przez i na Jezusa epistrefo

Trzeba zgodzić się z Pawłem, że nawrócenie to przede wszystkim przemiana umysłu. To otworzenie się na łaskę Boga i uświadomienie sobie, że żaden ludzki czyn nie ma mocy zbawczej. Nikt również nie przeczy, że „nawróceni chrześcijanie” zyskują  metanoię. Nie przypadkowo jednak hebrajska teszuwa zdaje się ów "metanoiczny" aspekt nawrócenia pomijać. Nie dlatego, iżby teszuwa miała polegać tylko na zewnętrznej przemianie. Dlatego, że przemiany umysłów mogą być różne. Metanoię przeżywali nie tylko chrześcijanie. Także czciciele Hermesa, Serapisa albo Dionizosa. Metanoia to częsty przypadek w dziejach duchowości; doświadczył jej Pitagoras, Apolloniusz z Tiany, Muhammad, Guru Nanak. Są metanoie chrześcijańskie, islamskie, hinduistyczne. W pewnym sensie metanoia znana jest również w New Age. I stanowi owoc każdej, porządnej, szamańskiej inicjacji.

Zgodnie z żydowską tradycją Paweł warunkował metanoię nawróceniem do jedynego Boga ( epistrefo ). "Tym w Damaszku najpierw i Jerozolimie, po całej krainie Judei i poganom oznajmiałem, by zmieniać myślenie (metanoein) i zawracać (epistrefein) do Boga, godne tej zmiany myślenia (metanoias) czyny sprawiając" - pisał. Szedł wszakże za Jezusem i z Jezusem, widząc w  nim Bożego Syna, ucieleśnienie i dopełnienie Pism. Sęk w tym, że  deifikacja człowieka lub jakiejkolwiek innej istoty, czy to żyjącej w sferze materii czy w najwyższych sferach ducha, stoi w sprzeczności z Dekalogiem; osią, jądrem, „kręgosłupem” Tory. Jakkolwiek wyrażana, jest bałwochwalstwem – duchowym ukierunkowaniem na byt imitujący lub zastępujący Boga. Bezsprzecznie metanoia i epistrefo Pawła przyczyniły się do obalenia „bożków”. Ale – jak świadczy historia chrześcijaństwa – miejsce starych szybko zajęły nowe idole:  papieże, święci, błogosławieni, Matka Boska no i oczywiście jej syn, Jezus Chrystus...

Krytykując Torę "martwych uczynków" i ulegając mesjańskiemu millenaryzmowi Paweł ponadto zapomniał, iż żydowska teszuwa koncentruje się na łasce Boga, ona to bowiem stanowi istotę odrzucanej przezeń Tory. Ja jestem Ha Szem, Bóg twój, który wyprowadził cię z ziemi egipskiej, domu niewoli. Tak brzmi, wedle Żydów, pierwsze przykazanie. Kabaliści „lokalizują” je w najwyższej bożej emanacji, w Kether ( Korona ). Od niej wszystko się zaczyna i na niej kończy. Wybawicielem, zbawicielem, wyzwolicielem człowieka jest Bóg i tylko Bóg. Dlatego: Nie będziesz miał innych bogów obok mnie... Jedno z drugim jest ściśle związane i z siebie wynika: teszuwa nie jest nawróceniem się na coś czy na kogoś, lecz zawróceniem, powrotem do Boga. Wracając doń nie wiemy jaki jest i czy tak naprawdę istnieje, możemy jedynie Mu zaufać, zawierzyć Jedności, gdyż z niej wszystko się bierze i ku niej powraca. Świadomy powrót w wierze ku Niepojętemu nie dokonuje się raz, ale wiele razy. Kiedyś jednak trzeba zacząć. „Adamie, gdzie jesteś? – pyta Bóg pierwszego człowieka, który zjadłszy owoc poznania dobrego i złego kryje się przez Niepojętym w krzakach. Nie chodzi tu o to, że Bóg nie wie, gdzie podział się Adam, lecz o to, żeby Adam uświadomił sobie, gdzie w skutek grzechu nieposłuszeństwa się znalazł. Adam wychodzi z krzaków i na pytanie co zrobił zwala winę na Ewę, a ona na węża. Oboje zyskują szansę na teszuwa, lecz zamiast uznać i wyznać swój błąd, uciekają przed odpowiedzialnością. Tak, wedle Biblii zaczyna się historia ludzkości. Mit? Owszem, mit, i co z tego? Mogłoby nie być Księgi, Mojżesza, proroków. Niczego by to nie zmieniło. Bóg pozostawałby Bogiem teszuwa, a teszuwa nie przestała by być „przedwieczną drogą Przedwiecznego”, bo tylko poprzez nią i z niej rodzi się w sercach ludzi „bojaźń boża”… 

Bojaźń Boża  

Gdyby mnie ktoś spytał, którą z ksiąg Biblii uważam za najbardziej tajemniczą i nieodgadnioną, a poprzez to fascynującą odrzekłbym, że jest nią Księga Hioba. Powodów takiej oceny mógłbym wymienić kilka, począwszy od tego, że to właśnie w niej po raz pierwszy uwidoczniono to, że szatan może działać tylko w takim zakresie, na jaki pozwala mu Bóg, skończywszy na tym, że sam swego czasu czułem się takim, po drzuconym przez Boga i nękanym przez diabła Hiobem, choć, w odróżnieniu do niego, nigdy nie uważałem siebie za kogoś, kto nie pokalał się żadnym grzechem i wypełnia wszystkie boskie przykazania. I tu właśnie najgłębiej wyraża się paradoks tej księgi, ponieważ z punktu widzenia żydowskiego prawa Hiob bez wątpienia nie zasłużył na swój los. Przeciwnie, jeśli brać poważnie wszystkie obietnice, jakich nie szczędzi sprawiedliwym biblijny Bóg, winno mu się doskonale powodzić i nigdy nie przytrafić to, co stało się w jego życiu.

 Z tematem tym zmagało się wielu teologów i ezoteryków. O Księdze Hioba pisał Freud, fascynowała ona także Junga. Nic dziwnego. Pozostawiwszy na boku jej mitologiczną otoczkę trzeba bowiem przyznać, że dotyka ona problemu niezwykle ważnego. Oto pobożny i sprawiedliwy człowiek, który nie skalał się żadnym występkiem ( w tym względzie bez wątpienia nie byłem Hiobem ), zaznaje rozmaitych nieszczęść i wadzi się z Bogiem, pytając: „Czemu mi to robisz?”. Miast go wesprzeć jego przyjaciele wytykają mu pychę,  twierdzą, że w boskich oczach nikt nie jest doskonały, nakłaniają go, by się pokajał i błagał o przebaczenie, wszystko to zaś uzasadniają cytatami z rozmaitych ksiąg Biblii. Hiob uznaje ich słowa za stek niedorzeczności. Pouczę was o działaniu Boga, nie zataję tego, co zamyśla Wszechmocny – powiada, po czym opisując kary, jakie spotykają bezbożników stwierdza, ze najcenniejszym skarbem, jakiego winien szukać człowiek jest mądrość i dodaje: Bóg wie o drodze do niej, tylko On zna jej siedzibę, bo tylko On patrzy na krańce ziemi i widzi wszystko, co jest pod niebem. Gdy nadawał wiatrowi wagę, gdy deszczowy wyznaczał prawo i szlak dla błyskawicy, wtedy ja widział i zgłębił, ustalił i wypróbował, i rzekł do człowieka: Oto bojaźń Pańska, ona jest mądrością, a unikanie złego rozumem ( Hioba, 28, 23 – 28 ). Cóż stąd jednak, że Hiob o tym wszystkim wie? Niewiele. Nieszczęścia spadają nań jedno za drugim, spiera się więc z Bogiem tak długo, aż wreszcie objawia mu się On w swej nieskończonej potędze. Dopiero wtedy Hiob wypowiada te oto zagadkowe słowa: Któż jest w stanie zaciemnić twój zamysł nierozsądną mową? Aleć to ja mówiłem nierozumnie o rzeczach cudownych, których nie rozumiem (...). Tylko ze słyszenia wiedziałem o tobie, lecz teraz moje oko ujrzało cię, przeto odwołuję moje słowa i kajam się w prochu i popiele ( Hioba 42, 3-6 ).

Owocem doświadczeń Hioba jest zatem poznanie tego, co znał „z teorii”. Poznanie zawdzięcza bożej bojaźni. Czym jest owa „bojaźń”? "W niektórych językach – pisze Rudolf Ottoistnieją wyrażenia, które częściowo w sposób wyłączny, a częściowo w sposób szczególny określają ten strach, który jest czymś więcej niż strachem. Na przykład hikdisz – „uświęcać” w języku hebrajskim. Słowo to oznacza „uświęcenie w sercu swoim”, wyróżnienie się uczuciami szczególnej bojaźni nie dającej się zastąpić innymi rodzajami bojaźni (...). Stary Testament posiada wiele obocznych wyrażeń na to uczucie. Na szczególną uwagę zasługuje emat Jahwe – „strach Boży”, którym Jahwe może pałać, a nawet zsyłać go jak demona, a który obezwładniając człowieka opanowuje członki i przypomina całkowicie deima panikon ( paniczny strach ) Greków". 

Doznanie „bożego strachu” – powiada dalej autor "Świętości" – doświadczane jest przez człowieka jako misterium tremendum i misterium fascinosum. To pierwsze budzi w nim wrażenie własnej znikomości, grzeszności, to drugie – popycha ku zawiązania bliższej więzi z objawiającym się bóstwem. "Jakie to światło prześwieca mnie chwilami i uderza o moje serce, nie czyniąc mu krzywdy? – pyta święty Augustyn. – Mrozi je lękiem i rozpala miłością. Lękam się w tym stopniu w jakim  jestem do niego niepodobny, i o tyle miłuję, o ile jestem podobny”.

Bóg zdaje się przyciągać człow ieka, a jednocześnie porażać swoją żywą obecnością. "Są dwa zupełnie podstawowe wymiary bojaźni – pisze Marian Grabowski - Człowiek świadom swej słabości, kruchości własnego istnienia będzie boleśnie przeżywał doznanie bliskości Boga, będzie go ta obecność zachwycać, a zarazem będzie go wstrząsać i przerażać nastawanie mocy Bożego istnienia. Będzie rozpoznawał do bólu, że przed Bożym obliczem jest nicością, prochem. Bolesność kontaktu z transcendującym nas stworzonym światem jest niczym wobec przeraźliwie przejmującej potęgi Bożego istnienia. Zachwycająca, a zarazem wstrząsająca jest obecność Bożego istnienia. Oddalenie od Boga każdego z nas jest tak potężne, że to uczucie w potędze swej intensywności jest ludziom praktycznie obce(...). To pierwszy wymiar bojaźni. Drugim jest świadomość własnej nicości moralnej wobec Bożej świętości. Człowiek rozpoznaje, że nie ma w nim tego, co pozwala na udział w Bogu, na chociażby trwanie w Jego obecności. Rozpoznaje to poprzez doświadczenie własnej niegodności, radykalnego braku świętości. Ludzie o uwrażliwionym sumieniu pragnący gorąco Boga rozpoznają swój brak prostoty, miłości, pokory(...). Bez zbliżenia Boga, bez odpowiedniej bliskości Boga jesteśmy na ten obraz własnego wnętrza generalnie ślepi. Szymon, który mówi do Jezusa: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek  grzeszny”(Łk 5,8), doskonale wyraża to, o co tu chodzi".

Dwoistość ta znajduje pełne odzwierciedlenie w języku hebrajskim, gdzie na określenie „bożego strachu” najczęściej używa się dwóch słów: pachad oraz emat. W kabalistycznej egzegezie Pisma to pierwsze wiązane jest z początkującą je literą pe oznaczającą „twarz” i występującą w takich sformułowaniach jak pe El pe lub panim El panim ( twarzą w twarz z Bogiem ). Litera pe pojawia się również w słowie purkan – ocalenie. Pachad pojawia się w stanie panim El panim, jego owocem jest purkan. Prawidłowość tę najpełniej wyrażają słowa, które wypowiada Jakub po zwycięskiej walce z Bogiem: Oglądałem Boga twarzą w twarz (panim El panim), lecz ocalało( purkan ) życie moje ( Genesis. 32,30 ).To drugie bliskie jest etymologicznie słowu emet – prawda oraz amen – zaprawdę, doprawdy. Korelacja ta może być odczytywana w ten sposób, że dopiero doznanie emat (strachu bożego) obnaża prawdę ( emet ) o właściwej relacji człowieka z Bogiem.

Ma ona jednak głębsze sensy, do których odnosi się ta oto wypowiedź Salomona: Bojaźń Boża źródłem życia i sideł śmierci pozwala uniknąć ( Prz. 14.27 ). Czemu „boża bojaźń” miałaby być źródłem życia, a jej brak powodować śmierć, skoro i tak wszyscy, bezbożni czy bogobojni, umieramy? Otóż – odpowiedziałby na to pytanie kabalista - nie o śmierć fizyczną  Salomonowi chodzi. Słowo emet  początkuje litera alef, z którą – wedle Księgi Zohar – Bóg stanowi jedno. Odjęta od emet przeobraża to słowo w mot – śmierć. Brak alefa powoduje „duchową śmierć” ludzkiej istoty, czyli oddalenie od Boga, źródła życia. To właśnie stało się, wedle Biblii, w edeńskim ogrodzie, kiedy to po zerwaniu owocu poznania śmierć zagościła w świecie. Bramą powrotu doń ( hebr. teszuwa ) jest emat ( „boża bojaźń”), dzięki której alef znów zajmuje w człowieku swoje właściwe miejsce i przyczynia się do poznania prawdy. "Jeśli szukać jej będziesz jak srebra i poszukiwać jej jak skarbów ukrytych, wtedy zrozumiesz, czym jest bojaźń Boża i będzie ci dane poznanie Boga" – mówi dalej Salomon (Prz. 2,4-5). "Niech ten, który szuka nie ustaje w poszukiwaniu, aż znajdzie. I kiedy znajdzie zadrży, a jeśli zadrży, będzie się dziwił i będzie panował nad Pełnią" – wtóruje mu Jezus z ewangelii Tomasza ( 31.15 ). Prawda nie jest bowiem duchową wiedzą ( tę Hiob posiadał ). Prawda przede wszystkim jest duchową mądrością ( hebr. daath ), którą w kabalistycznym systemie sefirotycznego Drzewa Życia Daath uznaje się za jedenastą, ukrytą sefirę (emanację) Bożej Istoty identyfikowaną niekiedy z oświeceniem.

W tym sensie Księgę Hioba trzeba traktować jako opowieść o jej poszukiwaniu. Opowieść tę wszakże można rozumieć opatrznie jeśli przyjmiemy, iż tak w niej, jak i w ewangelii Tomasza chodzi o jakieś niezwykłe, ezoteryczne, teozoficzne, okultystyczne, mistycz ne czy gnostyczne poznanie Boga i Jego tajemnic. Tak uważa znakomita większość współczesnych „poszukiwaczy Ducha” oraz ich mentorów, z jakimi się zetknąłem. Dążenie to nie budzi w nich żadnej bojaźni bożej. Identyfikują ją ze zwykłym strachem, jaki wywołuje w niedostatecznie duchowo rozwiniętym człowieku kontakt z Bogiem i żywią niezłomne przekonanie, iż  w opisie relacji z Nim „bożą bojaźń” winno zastąpić słowo „boża jaźń”; jaźń Boga, w którą – jak wierzą - bez żadnych obaw i przeszkód swobodnie wstępują. No cóż, jak napisano w Talmudzie: Wszystko jest w ręku Boga prócz bojaźni bożej (Berachot 33). To nie Bóg w nas ją wzbudza, lecz to my pomagamy Mu ją wzbudzać aktem wolnej woli.

Warto również zauważyć, że mówiąc o bojaźni Hiob nie używa do jej określenia słów pechad ( strach ) i emat ( lęk ), lecz słowa hen – bojaźń, drżenie. Do jego zapisu użyto liter  he oraz nun, jednakże fonetycznie brzmi ono tak samo jak słowo chen – łaska, piękno, wdzięk ( w zapisie: chet, nun ). Chen to jedno z imion sefiry Tifereth, która w kabalistycznym systemie koreluje z sercem Boga i sercem człowieka. To w sercu dokonuje się wybór między pyszną zatwardziałością” (negacją, odrzuceniem bojaźni bożej), a „skruchą”, "nawróceniem" ( hebr. teszuwa ) Bo to teszuwa pociąga za sobą bożą bojaźń - pełną pokory odpowiedź na łaskę doznania obecności żywego Boga. On zaś, przenikając nas swoim światłem w czasie modlitwy, objawia się jako ktoś ze wszech miar Inny, a jednocześnie bardzo Bliski... 

Modlitwa

 Powiedz nam jak powinniśmy się modlić – proszą uczniowie Jezusa swego mistrza, ten zaś radzi im, by nie naśladowali ostentacyjnie pobożnych faryzeuszy, którzy modlą się na rogach ulic tak, by wszyscy to widzieli, lecz modlili się w ukryciu, najlepiej w spiżarni bądź w innym, zacisznym pomieszczeniu, po czym przekazuje im tekst tej modlitwy. Znamy ją wszyscy. Zaczyna się ona od  słów: „Ojcze nasz…”.

Od tamtej pory napisano tyle o modleniu się i modlitwie, że można by sądzić, iż nic już nowego na ten temat nie da się powiedzieć. Tym bardziej więc zdumiewa fakt, że kiedy przychodzi co do czego – nie wiemy jak się modlić. Nie dlatego, iżbyśmy nie znali modlitewnych tekstów ( tych jest aż nadto dużo ). I nie dlatego, że nie umiemy modlić się własnymi słowami ( spora grupa ludzi preferuje ten właśnie rodzaj modlitwy i odrzuca jej sformalizowaną formę ). Dlatego, że niewielu „ludzi modlitwy” ( do jakich niewątpliwie należał Jezus ) przekazuje innym swą wiedzę na temat jej „technicznych aspektów”.

Nie jestem „człowiekiem modlitwy”, tym niemniej spróbuję o niej opowiedzieć. Modlitwa to, według mnie, taki rodzaj relacji Boga i człowieka, w którego trakcie obaj zbliżają się do siebie i coś sobie komunikują. Istotą modlitwy jest wzajemne ukierunkowanie na siebie stworzenia i Stwórcy, w którego trakcie żaden z nich nie narusza wytyczonych tą właśnie gradacją granic. Człowiek pozostaje stworzeniem, Stwórca – Stwórcą obecnym transcendentnie „na zewnątrz” stworzenia i przejawionym immanentnie w stworzeniu poprzez jego duszę stworzoną „na obraz i podobieństwo” Boga, lecz Bogiem nie będącą. W tym sensie modlitwa nie ma nic wspólnego z mistycznym unio misticae, z odnajdywaniem boskiego pierwiastka w człowieku, w stawianiu znaku równości między atmanem i brahmanem, bądź z samoidentyfikacją z „wyższym ja”, „Chrystusem we mnie” czy czymś temu podobnym.  Nie ma ona również żadnego związku ( poza formalnym podobieństwem ) z afirmacjami, słownymi dekretami, przyzywaniem Boga czy Jego emanacji lub inkarnacji do siebie, przemawianiem w imieniu boskich sił itp. Prawdziwie modlący się człowiek nie występuje bowiem w roli lucyferycznego uzurpatora, którym kieruje wola „bycia jak Bóg”, ani też arymanicznego „rozkazodawcy”, czy „kreatora swej rzeczywistości”. Nie jest on „eksplorerem ducha”, „przekaźnikiem duchowych mocy” albo „pośrednikiem między Bogiem a ludźmi”. Jest kimś, kto zawierzywszy całego siebie Bogu przyjmuje wobec Niego postawę „bądź wola Twoja”.

Istotne w modlitwie zatem nie są najwspanialsze nawet formuły, lecz ta właśnie postawa; skrucha serca określana w kabale mianem teszuwa. Słowo to, jak pamiętamy, oznacza  „odpowiedź” i „nawrócenie” – powrót na ścieżkę wytyczoną przez Boga. W modlitwie chrześcijańskiej wiąże się ono z wyznaniem grzechów, tu wszakże chodzi o coś innego. O wgląd we własną niedoskonałość, o przyjęcie postawy człowieka ułomnego i świadomego swej ułomności. Teszuwa nie wynika z lęku przed Kosmicznym Sędzią i z chorobliwego doszukiwania się w sobie winy. Inicjując modlitwę pozwala ona wyznaczyć właściwe miejsce naszym uczynkom, które prześwietla światło Dekalogu  nie po to, by obciążyć nas wyrzutami sumienia, lecz po to, byśmy nawróciwszy się z pokorą zwrócili się ku Bogu.

Teszuwa pozostaje jednak pustym gestem lub słowną jedynie deklaracją jeżeli nie towarzyszy jej dewekut. Hebrajskie słowo dewekut  oznacza „przylgnięcie”, stan bliskości duszy z Bogiem, przez uprawiających mistyczną kabałę chasydów pojmowane zaś było jako pragnienie powrotu duszy do źródła swego pochodzenia, czyli do Boga. Tym, co ją na tej drodze wspiera jest kawwana  ( hebr.  nastawienie, ścieżka ) —  wyrażona właściwym ukierunkowaniem woli intencja przylgnięcia całym sobą do Stwórcy. Jeśli więc postawa  teszuwa stanowi odpowiedź człowieka na głos Boga mówiący „nawracajcie się do mnie”, kawwana jest tej postawy wolicjonalną manifestacją – przywoływaniem Boga do siebie.

Teszuwa i kawwana owocują dewekut – przylgnięciem. Przylgnięcie wywołuje poczucie bożej bojaźni ( hebr. hen ), gdyż wiedzie ono człowieka na skraj życia i śmierci, ku czemuś „ostatecznemu”, przed czym stajemy nadzy i bezbronni i wobec czego, a właściwie Kogo, możemy przyjąć postawę tylko najwyższego oddania. Dopiero w tym stanie kawwanna przeistacza się – jeśli tak można rzecw  kanał, którym podążają myśli i słowa kierowane ku Bogu. Płyną one wprost z serca, czasami wartko, niczym litania lub psalm, a czasami tracą formę zwerbalizowanej modlitwy. W takim przypadku jest to raczej modlitwa „słów bez słów”, nie nadaje się ona zatem do zapisania w modlitewniku. Również odpowiedzi i przesłania od Boga mogą przybrać formę wyraźnych wskazówek albo "bezsłownego słowa" ( przebłysku zrozumienia, pocieszenia, miłości, wsparcia ). Modlitwa zawsze bowiem pozostaje rozmową, rozmowa - spotkaniem dwojga osób w jihud ( hebr. jedność ), kiedy są razem, bo się ze sobą spotykają i czerpią z tego radość nawet w najgorszych dla człowieka sytuacjach… 

Radość Chasidim

 Szukając czegoś w necie znalazłem jakiś czas temu na jednym z portali artykuł Ewy Bażanowskiej Motyw ukrzyżowania w twórczości MChagal, Exodusarca Chagalla na podstawie wybranych obrazów, a w nim takie oto, odnoszące się do chasydów stwierdzenie, które przykuło moją uwagę:W czasie wojny „chasidim” tańcząc i śpiewając wchodzili do komór gazowych. Udało im się w ten sposób dowieść, że nawet w samym środku piekła do końca pozostali ludźmi, że nie dali się okaleczyć, ani poniżyć – ABY NIE UMRZEĆ ZANIM ZGINˇ.

Czytając je można odnieść wrażenie, iż owi pląsający i śpiewający pieśni chasydzi byli wariatami, ludźmi omamionymi jakąś „mistyczną ekstazą”, religijno-mesjanistycznym matrixem, który kazał im w ten sposób się zachowywać w obliczu Holokaustu. Mnie ono wszakże skojarzyło się z innym wydarzeniem: z „męczeńską” śmiercią rabiego Akiby, wielkiego kabalisty i człowieka wierzącego, iż Bar Kochba, przywódca antyrzmskiego powstania ( 132 – 135 r. po Chrystusie ), jest oczekiwanym przez Żydów mesjaszem, a który aresztowany przez Rzymian z uśmiechem i pogodna twarzą wszedł na szafot, gdzie po zadaniu mu mąk został stracony. Męczeńska śmierć stoi w całkowitej sprzeczności z wszystkimi „kanonami” judaizmu. Męczeństwo nie przynosi żadnemu Żydowi sławy, chwały, nie mówiąc już o „niebiańskiej nagrodzie”. Uczniowie Akiby dziwili się przeto i gorszyli zachowaniem mistrza. No cóż, tak to bywa z niektórymi uczniami…

Czemu jednak rabi Akiba oraz wspomniani wyżej chasydzi w taki właśnie sposób przyjmowali śmierć? Co sprawiło, że miast uczynić z niej coś więcej fakt zadania im bólu i śmierci, poddali się „nieuchronnemu”, jednakże owo „poddanie się” nie było zwyczajnym pogodzeniem się z losem, lecz czymś zgoła dziwnym, bo niemal radosnym? Rozumiemy, że  szafot, komora gazowa, krzyż, szubienica mogą cieszyć tego, kto oczekuje w zamian za swe poświęcenie jakiejś nagrody ( sławy, chwały, zbawienia, udziału w bożych łaskach itp. ). Rozumiemy, że może z godnością dać się posiekać na kawałki ktoś, kto spełnia w ten sposób swoją misję i wierzy, iż „ziarno wpierw musi obumrzeć, zanim wyda plon”. Zrozumiałą dla nas jest dobrowolna śmierć za kogoś kochanego bądź za „bliźniego”. Możemy zaakceptować akt samospalenia buddyjskiego mnicha sprzeciwiającego się wojnie i uznać je za dowód jego duchowego wyzwolenia czy oświecenia. Stracenie Akiby, zagazowanie chasydów nie miało jednak najmniejszych cech „ofiarniczego widowiska”. Niczemu nie służyło i do niczego się nie przyczyniło. Nie było nawet „szlachetnym przykładem”, godnym do naśladowania przez  innych.

Skoro nie chodzi tu o  męczeństwo w chrześcijańskim tego słowa znaczeniu, ani o ukazanie, czy zamanifestowanie czegoś, nie o jakąkolwiek nagrodę, to u licha o co?  Odpowiedź jest banalna. O nic. Nie w śmierci i nie w jej okolicznościach bowiem rzecz, lecz w stosunku do niej. A może nie tyle do niej, co do świata w ogóle ze w wszystkimi jego przymiotami zła i dobra, jakie on ze sobą niesie. Ten „stosunek” nazywam „duchową radością”, która wszakże nie wyraża się radością z czegoś, lecz wynikającą z faktu „bycia tu i teraz w obliczu Boga”. Przejawy owego „bycia” mogą być rozmaite: śmieszne, wesołe, tragiczne, traumatyczne,  nieuchronnie prowadzące ku zagładzie, jednakże w każdej z tych chwil pozostaje się w świetle ¬ródła Życia i nie próbuje się uciec od śmiechu albo łez, lecz „wnosi się” w nie tę właśnie „duchową radość”. Kabała nadaje jej oczywiście wymiar „wysoko duchowy”, mówiąc o wydobywaniu rozproszonych iskier Blasku ze świata ciemności. Tyle teoria, praktyka zaś okazuje się znacznie trudniejsza. Powiedziałbym nawet, że im silniej ciąży na niej „teologia” i „ezoteryka”, tym więcej w niej fałszu i widowiskowości. „Duchową radość” bowiem albo się ma, albo się jej nie ma. I nie można jej w sobie „wypracować”.

Są jednak tacy, którzy twierdzą coś przeciwnego i tak o tym piszą: "Pierwszym stopniem na twej drodze medytacyjnego poznania siebie i rzeczywistości powinno być rozważanie oraz osiąganie stanu radości i uniesienia duchowego (entuzjazmu!). Na tym poziomie zaawansowania przekonasz się, że bez afirmacji nie uda ci się utrzymać tego stanu przez czas dłuższy niż dwa tygodnie. Całe dobre samopoczucie będzie sabotowane przez twoje podświadome przekonania, mówiące ci np.: „to nie w porządku, że ty tu się lenisz, podczas gdy inni pracują, cierpią” itd. To tak silne przyzwyczajenie, by zajmować się cudzymi głupotami, będzie cię odciągać od medytacji i długo nie pozwoli osiągnąć stanu szczęścia, wewnętrznego spokoju, radości i entuzjazmu. Taki stan szczególnie trudno osiągnąć ludziom, który byli przez lata przyzwyczajeni do chrześcijańskiego cierpiętnictwa i polskiej niemożności…"( Leszek Żądło ).

Nie wiem, co zostałoby z tej „wypracowanej” afirmacjami radości w przedsionku gazowej komory. Nie wiem, jak ja zachowałbym się, gdybym nagi, odarty z godności, pędzony razem z tłumem przerażonych ludzi, musiał wejść do miejsca kaźni. Wiem za to, że autor tych słów myli „duchową radość” z rozanielonym uśmiechem samodoskonalącego się samoluba, który „trenując” swą podświadomość mniema, iż niczego złego ku sobie nie przyciągnie, a ci, których to spotyka sami są sobie winni. Przykłady tych, którzy tak robili i w związku z czym nic złego się im nie przytrafiło, kłaść można nie tyle między bajki, co między opowieści o ludziach, którym pomogły modły do Matki Bożej i papieża. Nie dlatego, iżby praktyki te były  nieskuteczne i nie pomagały. Owszem, czasami pomagają. I co z tego? Za setkami tych, którym pomogły, stoją setki tysięcy ludzi, których modły nie zostały „wysłuchane”, a „prokurowanie” dobrego samopoczucia i dobrej „karmy” się nie powiodło…

 

Z „duchową radością” jest tak, jak z miłością. Miłości nie daje się  „zafirmować, można ją sobie natomiast wmówić, jednakże przy pierwszej, ostrzejszej konfrontacji  z realnym życiem cała ta „miłość” ulatuje. Miłość bowiem pojawia się nagle, sama z siebie, najpierw jako zakochanie, z którego dopiero może się ( ale nie musi ) wykluć. Podobnie ma się rzecz z „duchową radością, którą poprzedza jej ekstatyczny przejaw. Kiedy dotknęła mnie w dniu  „przebudzenia”, niemalże tańczyłem. Cieszył mnie każdy drobiazg, każde dotknięcie, spojrzenie, wszystko, cokolwiek widziałem, czułem i robiłem. Potem dopiero przyszedł czas wyciszenia i gruntowania się „duchowej radości” w sercu. To nic nadzwyczajnego. Nic wzniosłego. Doprawdy, trudno to opisać…Może dlatego wydaje mi się, że jakoś rozumiem rabiego Akibę i owych chasidim. „Duchowa radość” jest darem, który otwiera człowieka na wszystkie dary Darczyńcy. Pielęgnowana nie pyta: Dlaczego? Po co? Co z tego będę miał? Czy widzą to inni? Nie skłania do „cierpiętnictwa”. Nie jest wyrazem misji i heroicznego czynu. I nie ma nic wspólnego z ofiarą albo z pewnością zbawienia. Nie jest „wewnętrznym uśmiechem” taoistów, choć bywa do niego podobna. Ona po prostu godzi człowieka z tajemnicą tego, co go tu spotyka. A jeśli jest to złem, poniżeniem, albo zagładą? Jest, więc cóż z tym zrobimy? Możemy tylko żyć, zanim umarliśmy. W ten oto sposób, rzekłby kabalista, „duchowa radość” zstępuje z nami nawet na dno piekieł. Ich otchłań nie ma „duchowego sensu” i niczemu służy. Duchowy sens ma to, co idąc tam ze sobą wnosimy…

O mnie i o tym czym się zajmuję

jws333

Nazywam się Jan Witold Suliga. Z wykształcenia jestem antropologiem kultury, doktorantem Ranchi University w Indiach, z zawodu - wróżbitą, terapeutą i nauczycielem. Moją największą pasją są tarot i kabała, którymi zajmuję się od ponad ćwierćwiecza. Równie długo wróżę tarotem, gdyż jest on doskonałym narzędziem umożliwiającym dokonanie wglądu w duszę i przyszłość człowieka. Moja książka „Tarot. Karty, które wróżą” była pierwszą, oficjalnie wydaną w Polsce publikacją na temat tarota. Jestem autorem wielu innych książek i publikacji poświęconych tarotowi, kabale, angelologii, wierzeniom Słowian, ezoterycznym tradycjom Europy itp. Będąc z powołania nauczycielem lubię dzielić się swoją wiedzą i duchowymi doświadczeniami. Dlatego założyłem Kabalistyczną Szkołę Tarota, prowadzę kursy i lekcje indywidualne dotyczące metod i technik wróżenia tarotem, symboliki tarota, duchowego bhp, mistycznej kabały i innych zagadnień. Jestem również terapeutą, specjalizującym się w terapii uzależnień duchowych, DDA, DDD, zaś opracowana przeze mnie terapia Mandala Duszy stanowi kwintesencję mych duchowych i życiowych doświadczeń. 

Doradztwo

TAROT.25

Karty tarota - konsultacje

Puszkina 3/1 Józefów

dojazd:

PKP Michalin

( Minibus z Dworca Centralnego lub SKM, kierunek Otwock, Dęblin )

link   

Zapraszam :)

Kabalistyczna Szkoła Tarota