image
Kursy i Szkoła Tarota Zapraszam na kurs i warsztaty wróżbiarskie, Warszawa, 7 - 10. 12. 2017 r. Podczas kursu nauczymy się wróżebnych, astrologicznych i ezoteryczych znaczń wszystkich kart tarota i poznamy szereg rozkładów wróżbiarskich dotycząych spraw życia codziennego, biznesu, zdrowia itp.
 
Czytaj więcej...
image
Jan Witold Suliga - Tarot Historia tarota nie ma kresu, nie bez racji bowiem powiadał Eliphas Levi, że ten, kto się z nim wiąże, bierze na siebie jarzmo łańcucha duchowych wtajemniczeń, które rozpoczynają się od Henocha i Hermesa Trismegistosa, lecz nie kończą nigdzie... Czytaj więcej...
* *
image image

Magdalena Bożyk, Karolina Kolanowska, Światło wyznacza porządek

Światło wyznacza porządek 1Przejawy dawnego kultu światła są obecne w większości naszych obrzędów i zwyczajów - od zapalania gromnicy podczas chrztu, przez zdmuchiwanie świeczek na torcie, po nagrobne światełka.

Najważniejszą cechą światła, wspólną dla słońca i ognia, jest rozpraszanie ciemności. W jasności rozgrywała się codzienność, życie. Jasność była domeną świata uporządkowanego i znanego - kosmosu. Noc była równoznaczna z obumieraniem, z niepoznawalną dla przeciętnego człowieka (poza wiedźmami i magami) sferą chaosu. Pomiędzy tymi dwoma sferami istniało w dawnej kulturze ludowej duże napięcie. W niektórych wioskach podhalańskich aż do lat 30. XX w. istniały jeszcze chałupy, w których życie toczyło się wyłącznie przy świetle dziennym bądź przy świetle płynącym z otwartego (!) ogniska.

Dalej funkcje ognia i słońca rozdzielają się. Cechą światła słonecznego jest wyznaczanie długości dnia i pór roku, a więc rytmu życia i pracy człowieka. Cechami ognia są zmienianie struktury materii (umożliwiające pieczenie potraw, tworzenie naczyń i narzędzi) oraz wydłużanie dnia. Dzięki ogniowi udało się człowiekowi częściowo przekształcić naturę, a więc przejąć jej dotychczasowe wyłączne prawo do tworzenia i nadawania życiu rytmu.

Czapki z głów, słońce wschodzi

Zarówno wschód słońca, jak i zachód, były otaczane wierzeniami lub nieświadomymi, ale powtarzanymi z okolenia na pokolenie gestami, podkreślającymi ich wagę.Oddając cześć mocy światła, górale podhalańscy witali wschód słońca nie tylko zdjęciem nakrycia głowy, ale niekiedy modlitwą i wręcz leżeniem krzyżem na ziemi w kierunku wschodu. Nie wolno było żąć tyłem do słońca. Również chaty w miarę możliwości stawiano ścianą frontową na wschód (lub na południe). Miało to znaczenie nie tylko symboliczne, ale także praktyczne - w "chałupie było cieplej, jaśniej, a bez to i zdrowiej". Ten, szczątkowy już w XIX-wiecznej kulturze ludowej, kult światła - słońca dotyczył również ognia. We wsi Radłów koło Tarnowa jeszcze około 1911 r. etnograf odnotowuje, że podczas rozpalania ognia w piecu czy w lampie mówiono: "Niech będzie pochwalony" albo: "A Słowo stało się Ciałem." Grzechem było plucie na ogień i zabawa nim.

Zachodowi słońca towarzyszyły zwyczaje zabezpieczające przed działaniem nieznanych, ciemnych sił. Nie wolno było zbierać prania po zmierzchu - żeby ubrania nie nabrały "złych mocy", które mogłyby przejść na ich właścicieli. Po zmierzchu nie należało też pożyczać ani w żaden inny sposób wynosić ognia z domu, bo wraz z nim mogły opuścić domowników dostatek i zdrowie, krowy mogły przestać dawać mleko, a małe dziecko zachorować.

Lecznicze płomienie

 Powszechnie wierzono w uzdrawiającą moc ognia, wynikającą z jego zdolności panowania nad wszelkim złem. W kulturze ludowej zło kojarzy się bowiem z ciemnością, wręcz z czernią (stąd niezbyt pozytywne cechy ma czarny kot czy też kogut ). W praktyce lecznicze właściwości ognia dotyczyły przede wszystkim ciepła. Jeszcze pod koniec XIX w. w podkrakowskich wsiach do wody, którą obmywano noworodka, należało wrzucić rozżarzone węgielki, żeby "dodały mocy" wodzie (i tak już świętej). Zapewniało to dziecku zdrowie. Jeśli jednak malec chorował, to dzięki węgielkom także wrzuconym do wody można było dowiedzieć się, czy choroba jest spowodowana urokiem, czy też nieprawidłowo przeprowadzono magiczne zabiegi. Jeśli węgielki pływały po powierzchni, dziecko należało leczyć, tylko we właściwy sposób, a jeśli tonęły - na dziecko rzucono urok, który należało odczynić.

Powszechnie praktykowane było również przypalanie ran lub wręcz ich spalanie: w Lubniu i Skomielnej Czarnej tzw. różę (ostre zapalenie skóry) leczono spalaniem, czyli do rany przykładano zawiniątko z czerwonej szmatki ze spalonym lnem w środku. W okolicach Myślenic wierzono, że jeśli brzemienna kobieta patrząc ogień przestraszy się i chwyci za którąś część ciała, to w tym samym miejscu dziecko będzie miało znamię ("czerwony płomyk"). Podczas trudnego porodu pod kobietę podkładano misę z palącym się spirytusem, co miało (dzięki oczyszczającej mocy ognia) odpędzić zło, które nie pozwalało kobiecie urodzić (ciepło pomagało w rozkurczu mięśni gładkich).

Zabezpieczająca funkcja ognia przeniosła się także na kolor czerwony. Do dzisiaj w Krakowie można się spotkać z zawiązywaniem przy noworodku czerwonych wstążek. Dzięki nim dziecko staje się odporne na działanie uroku ("złego spojrzenia"), które mogłoby się objawić chorobą, a nawet śmiercią.

Świeca przepowiada przyszłość

Ogień - światło w rękach człowieka, mediator między nim a siłami absolutnymi - miał także moc przekazywania wiedzy o przyszłości. Wróżyć można było z ognia i dymu. Jeśli dym rozchodził się po domu, znaczyło to, że będzie padał deszcz (w zimie śnieg). Jeżeli w piecu się iskrzyło - przyjdą goście.

W Niegoszowicach w końcu XIX w. jeżeli konający zdradzał oznaki nadchodzącej śmierci, do jego rąk wkładano gromnicę. Ktoś z członków rodziny udawał się po księdza, pozostali śledzili ruch dymu. Jeżeli dym utrzymywał się nad świecą, były szanse na wyzdrowienie chorego. Jeżeli dym szedł w kierunku drzwi wyjściowych, pewne było, że konający umrze.

Także z samej świecy można było wróżyć. Świeca była symbolem życia: dając światło, spalała się, "żyjąc", dążyła do swojego końca, ciemności. Od Myślenic po Tarnów wierzono, że jeśli podczas ślubu, świece płonęły równomiernie, małżeństwo będzie zdrowe i zgodne. Jeśli świece skwierczały, małżeństwo miało być kłótliwe. Jeśli któraś ze świec zgasła, to ten małżonek, po którego stronie zgasł płomyk, umrze.

Jeśli dziecko przestraszyło się czegoś, można było wyleczyć go ze strachu "przelaniem" gromnicy. W tym celu należało, trzymając nad jego głową miednicę, wlać do wody trochę wosku z gromnicy. Dodatkowo można było dziecku powróżyć z kształtu wosku, jak czyniono to w Radłowie.Z ogniem związane były także pszczoły, bo to z pszczelego wosku wytwarzano świece. Jeśli przyśnił  się komuś rój pszczół, oznaczało to w najbliższym czasie pożar.

Dusza odchodzi z łóżkiem

Jako symbol życia, świeca była niezwykle ważnym towarzyszem człowieka. Rozpalano ją podczas chrztu, kiedy dziecko było przyjmowane do świata ludzi (zanim nie przeszło obrzędów inicjacyjnych, znajdowało się poza społecznością ludzką). Świeca towarzyszyła też choremu, wypędzając zło tkwiące w nim w postaci choroby. W chwili śmierci gaszono przy zmarłym świecę, aby potem znów ją zapalić.

Pełniła ona wówczas rolę symbolu nowego życia, pozwalając zmarłemu bezpiecznie odejść w zaświaty. Dla opłakujących go stanowiła symbol nadziei na życie wieczne. Po śmierci, wykorzystując oczyszczającą funkcję dymu, okadzano dom jałowcem święconym w Trzech Króli. Spalano także słomę, na której leżał chory, a w bogatszych domach całe łóżko wraz z pościelą (Zawoja). W biedniejszych rodzinach, chcąc utrzymać ten zwyczaj, a nie mogąc sobie pozwolić na marnotrawstwo, umierającego przenoszono albo na słomę ułożoną na klepisku, albo na najgorsze łóżko z najgorszą pościelą, które po pogrzebie bez żalu palono.

Po piorunie nie gasić

¬ródłami światła o dwojakim znaczeniu są piorun i księżyc. Piorun jest narzędziem boskim, najczęściej wyrażającym gniew sił niebieskich. Drzewa, w które uderzył piorun, nie wolno było wykorzystać do budowy domu, tak jak nie należało budować domu w miejscu, w które już raz piorun trafił. Z kolei drzazgi z drzewa piorunowego pomagały przy bólu zębów.

Burza była w ogóle zjawiskiem niechętnie widzianym, ponieważ często była powodem pożarów, których nie wolno było gasić, by nie ingerować w święty ogień (mógł wybuchnąć ponownie w tym samym miejscu). Aby przegnać burzę, dzwoniono dzwonkiem loretańskim. Nie wolno było jednak dopuścić, aby zadzwoniono nim przy ogłaszaniu czyjejś śmierci - tracił wówczas swoją moc (tak np. wierzono w Zawoi).  Przed uderzeniem pioruna chroniło wystawienie przed okna łopaty chlebnej (związek z ogniem i piecem) i stołu, na którym kładziono chleb, oraz palenie wewnątrz domu gromnicy.

Nie patrz na księżyc

Podczas gdy słońce, wschodząc codziennie, odzwierciedlało wieczność i harmonię, księżyc, przez swoje czasowe znikanie i pojawianie się w pełni, odzwierciedlał zmienność i przemianę świata. Wiele czynności odbywało się zgodnie z rytmem księżyca. Kiedy księżyca ubywało, rozpoczynano żęcie i ścinkę drzew, a kiedy przybywało - rozpoczynano siew i zbierano zioła lecznicze (najlepiej przed samym wschodem słońca).

Promieniowanie księżyca, który utożsamiany był ze zmianą, czyli umieraniem i powtórnymi narodzinami, mogło być groźne. W świetle księżyca nie należało kłaść dziecka, ponieważ zakłócało to jego sen i mogło wpłynąć na zniekształcenie twarzy, a nawet wywołać szaleństwo. Dla zabezpieczenia można było postawić w oknie naczynie z wodą. Wpatrywanie się w księżyc mogło natomiast spowodować ślepotę bądź ciężką chorobę.Jasne księżycowe noce sprzyjały też możliwości napotkania zjaw i duchów. Podczas takich nocy w zamku w Tenczynie w okolicy Wieży Nawojowej można spotkać zwiewną kobiecą postać Ludmiły - narzeczonej Jana Tęczyńskiego, która wypatrywała go w oknie na tejże wieży. Pewnego dnia ukochany nie wrócił z polowania, podczas którego zginął. Ponoć można go zobaczyć, jak pod postacią ptaka krąży wokół baszty.

Co kryje się w mroku

Miejsca, do których rzadko docierało światło bądź panowała wieczna ciemność, w symbolice nosiły piętno działania sił demonicznych, które porywały wpadających w nie ludzi, szczególnie dzieci. Ale miały także pozytywne konotacje - stanowiły schronienie dla ludzi albo ich skarbów. Na szczycie Babiej Góry, w miejscu zwanym Izdebczyska, znajdują się jaskinie, a w jednej z nich śpią rycerze królowej Jadwigi. Legenda głosi, że jeśli wiara chrześcijańska lub ojczyzna będą zagrożone, rycerze staną do boju:

"Gdy przyjdzie noc z 23 na 24 czerwca, jako noc wigilijna św. Jana, wtedy dzwony dzwonią (z zasypanego kościoła ) i na ich głos rycerze ze snu się budzą, a jeden z nich na białym jak śnieg koniu wyje żdża i rozgląda się dokoła, czy nie czas do boju. Gdy nic podobnego nie słyszy ani nie widzi, wraca do swych towarzyszy, którym na zapytanie odpowiada, że jeszcze nie czas, bo naród śpi. Poczem znowu usypiają na cały rok".

Identyczne legendy o śpiących w grotach rycerzach, czekających na znak do walki, pojawiają się także w Tatrach i w całej Europie. Ciemne, ukryte przed światłem dziennym, są także pieczary, w których schowano przed wiekami skarby. Jedna z nich znajduje się w Rudnie pod kaplicą zamkową. Strzegą jej diabły zamienione w psy. Okraść ją można tylko w Boże Narodzenie, w Wielkanoc i noc świętojańską. Pewna kobieta próbowała to uczynić. Zabierając kosztowności z zamykającej się pieczary, zapomniała o dziecku, które położyła na ziemi. Próbowała wrócić po dziecko, przez cały rok szukając wejścia do podziemi; kiedy znalazła je w noc świętojańską, dziecko już nie żyło.

Adwentowe światło wiary

W dawnej tradycji doroczny cykl świętowania łączył kościelny rok liturgiczny z ludowym rokiem obrzędowym, związanym z przebiegiem roku słonecznego.

Kiedy rok słoneczny zbliżał się ku końcowi, późną jesienią rozpoczynał się adwent. Zamykał on, ale jednocześnie otwierał rok kościelny i obrzędowy. Adwent to czas oczekiwania na Boże Narodzenie (łac. adventus - przyjście). Łączyło się z nim uczestnictwo w codziennych nabożeństwach zwanych roratami ku czci Najświętszej Marii Panny, które w Krakowie zapoczątkował król Bolesław Wstydliwy. Nazwa "roraty" pochodzi od słów hymnu rozpoczynającego msze: Rorate coeli desuper - "Spuśćcie rosę, niebiosa". W kościele zwyczajem było święcenie siódmej świecy, najwyżej stojącej na ołtarzu, którą zapalano tylko w czasie adwentu. Od świecy roratowej dzieci zapalały lampiony, niosąc do domu światło wiary.

Święta Łuca dnia przyrzuca

Niegdyś w Polsce najkrótszy dzień w roku przypadał na dzień św. Łucji - według dawnego kalendarza juliańskiego 23 grudnia. Stare przysłowia mówią: "Na świętą Łuce dzień z nocą się tłuce" albo "Święta Łuca dnia przyrzuca", ale od czasu wprowadzenia w Polsce kalendarza gregoriańskiego (XVI w.) dzień ten obchodzi się 13 grudnia.

Św. Łucja jest patronką niewidomych oraz szwaczek. Jej imię pochodzi od łacińskiego słowa lux, luci - światło, a znaczy tyle, co urodzona w chwili pojawienia się słońca. Ta rzymska męczennica została stracona za wiarę w czasach cesarza Dioklecjana (IV w.). W przedstawieniach ikonograficznych jej atrybutami są: słońce, kaganek oraz para oczu. Powszechnie w Polsce przez 12 dni, od dnia świętej Łucji do Bożego Narodzenia, przepowiadano pogodę. Każdy dzień przekładał się na kolejny miesiąc w roku. Na Orawie codziennie ciosano korę świerkową, by z ilości wypływającego soku sprawdzić, czy dany miesiąc będzie suchy, czy deszczowy.

Według starej tradycji ludowej 13 grudnia to czas, w którym wzmagała się też działalność czarownic oraz złych mocy. Miały one szczególnie szkodzić bydłu, choćby poprzez wykradzenie źdźbła słomy lub podrzucenie magicznego przedmiotu. By ustrzec się przed czarcimi wizytami, w Zakopanem rozsypywano w oborach mak. Dodatkowo wrota znaczono krzyżem oraz wykładano poświęcone zioła. W domach gospodarze po zmroku zjadali czosnek, nie przyjmowali gości oraz niczego nie pożyczali. Popularnym sposobem na wykrycie czarownicy, znanym m.in. na Orawie i w Beskidzie Sądeckim, było robienie przez 12 dni stołka. W czasie pasterki w chwili podniesienia należało na nim uklęknąć. Osoby stojące tyłem do ołtarza uważano za powiązane z czarami.

Dzień św. Łucji to również pora wróżb matrymonialnych. W ten dzień panny zrywały gałązki wiśni lub jabłoni. Jej zakwitnięcie na Boże Narodzenie miało spełnić życzenie pomyślnego zamążpójścia.

Ogień na Wielki Tydzień

Oczyszczająca siła ognia wykorzystywana jest do dzisiaj w okresie Wielkiego Tygodnia. W Wielką Środę w kościołach chóralnie odprawia się ciemną jutrznię. Po każdym z 14. psalmów gaszono stojącą na ołtarzu jedną świecę z 15. palących się. Czternaście świec symbolizowało dwunastu apostołów oraz dwóch uczniów, którzy opuścili Jezusa. Po zgaszeniu czternastej kapłani uderzali mszałami o ławki. Piętnasta świeca pozostawała zapalona na znak osamotnienia Chrystusa. Uderzenia brewiarzami miały przywoływać łoskot, jaki powstał podczas męki Chrystusa.

W Wielki Czwartek powszechnie w Małopolsce istnieje zwyczaj palenia Judasza. Dawniej w powiecie tarnowskim do słomianej kukły przyczepiano worek z zawartością 30 szkiełek. Miały one przypominać o tyluż srebrnikach, za ile Judasz sprzedał Jezusa. W zorganizowanym orszaku brali udział chłopcy, którzy kołatkami informowali społeczność o zbliżającym się pochodzie. Były też postaci śmierci, diabła i dziada, którzy dokuczali zdrajcy. Mieszkańcy wymierzali Judaszowi 30 kijów, następnie kukłę palono lub topiono. W Gorlicach na Sądecczyźnie zwyczaj ten przyjmuje nieco inną formę. Po południu w Wielki Czwartek mężczyźni i chłopcy wymiatają stosy liści i śmieci z domów oraz obejść. Po zapadnięciu zmroku rozpalają z nich wielkie ogniska, które nazywają "paleniem Judasza".

W Wielką Sobotę oprócz pokarmów wielkanocnych oraz wody święciło się też i ogień. W Łącku chłopcy zabierali ze sobą do kościoła huby (grzyby drzewne). Po ich poświęceniu obchodzili swoje domy oraz zagrody, kadząc wszystko dymem. Te zabiegi miały ustrzec przed złem, chorobą oraz burzami. Niegdyś natomiast w Małym Cichym opalano ciernioki (gałęzie z kolcami) na pamiątkę korony cierniowej Chrystusa, które przechowywano nad drzwiami izby.

Maje, wianki, ogniska

Wiosenną porą obchodzone są w Polsce Zielone Świątki. To święta ruchome, przypadające między 10 maja a 13 czerwca. Z tym dniem związany był zwyczaj "majenia", czyli strojenia młodymi gałęziami drzew oraz kwiatami domów i zabudowań. W II połowie XVIII w. na Podhalu palono obrzędowe ogniska watry na wierchach, zwane czasami sobótkami. Jak wspominał Oskar Kolberg widoczne były one od Ojcowa do Lanckorony, od wzgórz Chełmińskich (nad Przemszą) aż za kopiec Wandy. Strzegły one przed chorobami, zarazami, urokiem, ponadto miały zapewniać urodzaj oraz dobry chów zwierząt.

W regionie krakowskim sobótkowe ogniska rozpalane w Zielone Świątki stanowiły wyjątek, ponieważ w innych stronach Polski obrzęd ten związany był z wigilią św. Jana (24 czerwca). W okolicach Lanckorony chłopcy wraz z parobkami nabijali na patyki miotły oblane żywicą świerkową i biegali po polach, wołając: "Sobótki! Maju! Raju!". Następnie palili ogniska przy drogach ze stosów jałowca i gałęzi, śpiewając przy tym: "Kto na Sobótce nie będzie, główka go boleć będzie".

W czasie letniego przesilenia, kiedy noc jest najkrótsza, a dzień najdłuższy, gdy "słońce kłania się ziemi dwa razy", obchodzona jest wigilia św. Jana (z 23 na 24 czerwca). Wieczór i noc świętojańska były powszechnie uważane za porę cudów, uczt czarownic i przewidywania przyszłości. Z celebracją tego obrzędu wiążą się najdawniejsze praktyki pogańskie. Dziewczęta plotły wianki, wykorzystując zioła, kwiaty polne oraz ogrodowe, przymocowując w nich dodatkowo świeczkę, by zaraz rzucić je w wody Wisły, Rudawy i Prądnika. "Chłopcy uganiali się za tak płonącymi wiankami na łódk ach ze światłem, starając się je pochwycić". Jeżeli któremuś udało się wyłowić wianek swej wybranki, oznaczało to szybki ślub. Jeśli wianek kręcił się długo w kółko lub zginął z oczu, to panna musiała jeszcze poczekać z zamążpójściem.

Za zmarłych i na przyszłość

Wraz z nastaniem jesieni, równie silnie w jak poprzednich porach roku, uwidaczniał się bliski brat słońca - ogień. W listopadzie, kiedy obchodzony jest Dzień Wszystkich Świętych, ku czci świętych już zbawionych, oraz Dzień Zaduszny odprawiany w intencji wszystkich zmarłych, ogień pomagał ogrzać się duszom i wskazywać drogę. Wierzono, że w Zaduszki dusze zmarłych powracają do swych domów. Czekając na ich przyjście, gospodarze pozostawiali lekko uchylone drzwi, a nocą zapaloną świeczkę, by każda dusza mogła zobaczyć wszystkich domowników. "Gdy tego dnia wypadnie kawałek drewna z pieca lub z komina trzaska, mówiono, że miała w tym udział dusza, która sama się w tym ogniu miota".

Przedostatni wieczór listopada to czas wróżb i czarów. Ten przełomowy czas jesieni i zimy rodził przekonanie, że obecne wśród ludzi duchy odsłaniały tajemnice przyszłości. Wigilia św. Andrzeja jest szczególnie ważna dla wszystkich panien. Ten święty, czczony od IV w., przywoływany bywał w modlitwach o dobre małżeństwo. Uważano, że wieczór andrzejkowy jest najwłaściwszą porą w podejmowaniu decyzji, wróżebne miały być też wszystkie sny. Dziewczęta wkładały pod poduszkę kartki z imionami chłopców, by rano przekonać się, jakie imię będzie nosił ich wybranek. Popularną wróżbą było lanie wosku bądź ołowiu do naczynia z wodą. Powstałe formy odczytywano, patrząc pod światło lub rzucając jej cień na ścianę. Panny paliły również kawałeczki lnu lub papieru, by z ich cienia i sposobu palenia się wywnioskować, czy połączą się z wymarzonym chłopcem.

O autorkach

Magdalena Bożyk - absolwentka Etnologii i Antropologii Kulturowej UJ, współpracowniczka MEK i Fundacji "Bruchejon", stypendystka George Mason University, interesuje się historią mówioną.

Karolina Kolanowska jest kulturoznawcą, pracownikiem Muzeum Etnograficznego w Krakowie, interesuje się malarstwem, antropologią kultury, historią sztuki i architektury.

Warto przeczytać:

·         W. Jostowa, Zagadnienia z kultury Podhala, Spisza i Orawy, Zakopane - Nowy Targ 1986.

·         K. Kwaśniewicz, Zwyczaje doroczne polskich górali karpackich, Bielsko-Biała 1998.

·         O. Kolberg, Dzieła wszystkie.

·         R. Zawiliński, Z etnografii krajowej, 1882.

ŹRÓDŁO

O mnie i o tym czym się zajmuję

jws333

Nazywam się Jan Witold Suliga. Z wykształcenia jestem antropologiem kultury, doktorantem Ranchi University w Indiach, z zawodu - wróżbitą, terapeutą i nauczycielem. Moją największą pasją są tarot i kabała, którymi zajmuję się od ponad ćwierćwiecza. Równie długo wróżę tarotem, gdyż jest on doskonałym narzędziem umożliwiającym dokonanie wglądu w duszę i przyszłość człowieka. Moja książka „Tarot. Karty, które wróżą” była pierwszą, oficjalnie wydaną w Polsce publikacją na temat tarota. Jestem autorem wielu innych książek i publikacji poświęconych tarotowi, kabale, angelologii, wierzeniom Słowian, ezoterycznym tradycjom Europy itp. Będąc z powołania nauczycielem lubię dzielić się swoją wiedzą i duchowymi doświadczeniami. Dlatego założyłem Kabalistyczną Szkołę Tarota, prowadzę kursy i lekcje indywidualne dotyczące metod i technik wróżenia tarotem, symboliki tarota, duchowego bhp, mistycznej kabały i innych zagadnień. Jestem również terapeutą, specjalizującym się w terapii uzależnień duchowych, DDA, DDD, zaś opracowana przeze mnie terapia Mandala Duszy stanowi kwintesencję mych duchowych i życiowych doświadczeń. 

Doradztwo

TAROT.25

Karty tarota - konsultacje

Radłowska 6, Warszawa

link   

Zapraszam :)

Kabalistyczna Szkoła Tarota