image
Kursy i Szkoła Tarota Zapraszam na warsztaty terapeutyczne Drzewo Przodków, Warszawa, 04 - 05. 11. 2017 r. Celem warsztatu jest uporządkowanie rodowego karmicznego pola i nawiązania właściwych relacji ze swoimi Przodkami...
 
Czytaj więcej...
image
Jan Witold Suliga - Tarot Historia tarota nie ma kresu, nie bez racji bowiem powiadał Eliphas Levi, że ten, kto się z nim wiąże, bierze na siebie jarzmo łańcucha duchowych wtajemniczeń, które rozpoczynają się od Henocha i Hermesa Trismegistosa, lecz nie kończą nigdzie... Czytaj więcej...
* *
image image

Olga Woźniak – Tam narodziła się mowa

W jakim języku rozmawiali pradawni artyści zdobiący ściany w jaskini Lascaux w dzisiejszej Francji? Jak o swoich rzeźbach opowiadali twórcy paleolitycznych Wenus? A neandertalczycy? O ile w ogóle mówili "po ludzku"

malowidło w jaskini Lascaux

"Towarzystwo nie przyjmuje prac poświęconych pochodzeniu mowy ani prac o wynalezieniu języka uniwersalnego" - ogłosiło w 1866 r. Paryskie Towarzystwo Językoznawcze. Siedem lat później Alexander J. Ellis, prezes Londyńskiego Towarzystwa Filologicznego, dodał jeszcze: "Zajmowanie się pochodzeniem mowy znajduje się poza obszarem poważnej filologii".

Z czego wynikała taka niechęć świata nauki do językowej archeologii? Z XIX-wiecznej eksplozji kreatywności w wymyślaniu kolejnych, coraz bardziej fantastycznych teorii na temat narodzin wspólnego języka wszystkich ludzi. To sprawiło, że poszukiwania prajęzyka, którym mówić mieli budowniczowie wieży Babel, nieco się ośmieszyły i przeniosły na długo na obrzeża nauki, a zajmujących się tym tematem traktowano z pobłażaniem.

Tymczasem teraz, niemal 150 lat po paryskim oświadczeniu, pytania o pierwszy język wszystkich ludzi przestają kompromitować uczonych. Co więcej, znaleźli się tacy, którzy zadają je głośno, i to na łamach (ostatniego) "Science". Takim śmiałkiem jest dr Quentin Atkinson z Wydziału Psychologii Uniwersytetu w Auckland w Nowej Zelandii. Jego badania wykraczają poza dotychczasowe próby odtworzenia pramowy.

malowidła naskalne - Sahara

Nasz, nasz, nasz!

Do tej pory robiono to, porównując języki do siebie oraz do ich historycznych zapisów. Niestety, nie jest to sposób na bardzo odległą podróż w czasie. Najstarszy zapisany język ma bowiem tylko 4 tys. lat. Jak twierdzą najwięksi optymiści, metody rekonstrukcyjne, jakimi posługuje się językoznawstwo porównawcze, pozwalają zajrzeć w historię mowy maksymalnie do 10 tys. lat wstecz. To mniej więcej okres, na jaki datuje się występowanie języka praindouropejskiego - wspólnego przodka języków indoeuropejskich, w tym polskiego.

Badania antropologiczne sugerują, że nasi dalsi przodkowie mówili nawet 100 tys. lat temu. Bo już wtedy pozwalały im na to anatomia i rozwój mózgu. Co to jednak był za język? I czy powstał w jednym miejscu, a potem rozszedł się po świecie z kolejnymi ludzkimi migracjami, czy też wypączkował z ludzkiej potrzeby komunikacji w kilku miejscach naraz?

Naukowcy, którzy próbowali dokopać się do tego praprajęzyka, nazywali go nawet nostratyckim (lub nostratycznym) - odszaman-cave łacińskiego słowa "noster" - czyli "nasz".

Ów lingwistyczny twór ziszczał opowieści o wieży Babel, miał być bowiem mową, z której - w opinii jego wyznawców - powstał zarówno język praindoeuropejski, jak i uralski (z tej rodziny pochodzą węgierski, estoński, fiński, lapoński), ałtajski (dziś to turecki, tatarski, mongolski, mandżurski, koreański, japoński), drawidyjski (używane w Indiach, np. brahui, tamilski, telugu), kartwelski (południowokaukaskie, np. gruziński), a może i afroazjatycki, eskimo-aleucki, czukocko-kamczacki, sumeryjski, etruski i baskijski.

Jednym z piewców nostratyckiego był rosyjski językoznawca Władysław Illicz Switycz. Udało mu się nawet napisać w nim wiersz. Prace nad rekonstruowaniem tej mowy podjął także kontrowersyjny językoznawca amerykański Joseph Greenberg.

Zwolennicy nostratyckiego uważają, że posługiwano się nim 12-15 tys. lat temu, kiedy kończyło się ostatnie zlodowacenie. Przeciwnicy krytykują cały pomysł, twierdząc, że badania nad odtworzeniem tej mowy opierają się na rekonstrukcjach wielu nieistniejących języków, w związku z tym same w sobie są już rekonstrukcją drugiego stopnia, a zatem są mocno wątpliwe.

Fonemy jak geny

Sprawa wyglądała więc na przegraną. Aż do gry wkroczył dr Quentin Atkinson - młody, rzutki psycholog (wcale nie językoznawca) z ciągotami do antropologii i genetyki. Do swoich badań zaprzągł sprzęt i programy, które na plecach filologów wywołują dreszcz obawy przed nieznanym. Do tego potraktował elementy języka podobnie jak biolodzy ewolucyjni traktują geny. I osiągnął naprawdę fascynujące wyniki.

Już w 2003 r. wraz z prof. Russellem Grayem ustalił, kim byli Praindoeuropejczycy. Uczeni użyli programu komputerowego wykorzystywanego przez genetyków do tworzenia drzew ewolucyjnych. Wprowadzili do niego po 200 słów z 87 języków indoeuropejskich. Uzupełnili to danymi dotyczącymi czasu, jaki jest potrzebny, by w języku jedno słowo zostało zastąpione przez inne. Przyjęli tu wyliczenia sławnego (choć także kontrowersyjnego - ale któremu badaczowi korzeni ludzkiego języka nie przypięto takiej łatki?) lingwisty Morrisa Swadesha. Uznał on, że dwa spokrewnione ze sobą języki po tysiącu lat od rozdzielenia wciąż mają 85 proc. wspólnego słownictwa. Wcisnęli enter. I wyszło im, że najbliżsi Praindoeuropejczykom byli Hetyci żyjący 8-10 tys. lat temu w Anatolii.

Teraz Atkinson poszedł dalej. Przede wszystkim przyjął założenie, że językowo, podobnie jak genetycznie, robimy się coraz mniej zróżnicowani wraz z odległością od Afryki (z której według dominującej dziś teorii wszyscy pochodzimy). Przynajmniej w dźwiękowej warstwie mowy.

Atkinson przeanalizował fonemy ("językowe nukleotydy" - najmniejsze jednostki mowy) z ponad 500 języków świata. Znowu użył do tego komputerowych programów pożyczonych od genetyków. Podobnie jak oni śledzą szerzenie się w świecie różnych mutacji genetycznych - i dzięki temu ustalają szlaki migracji człowieka - tak megaliti_wenus_lausselon obejrzał zmiany w zasobie fonemów.

Genetyków wcale nie zdziwiłyby wyniki jego badań. Okazało się, że największe fonemowe zróżnicowanie występuje w środkowej i południowej Afryce, najmniejsze - w Oceanii. Im dalej od kolebki ludzkości - tym fonemów mniej.

Nosiciele mowy

Niektóre z tzw. języków mlaskowych występujących w Afryce mają ponad 100 fonemów, podczas gdy lokalne języki hawajskie mają ich tylko 13. Angielski ma niewiele ponad 40 fonemów, podobnie polski (dźwięki w naszym języku silnie na siebie oddziałują, stąd różne poglądy na liczbę fonemów - podaje się 33, ale i 46).

"Na podstawie badań fonemów określiliśmy miejsce, w którym pojawił się język. To linia dzieląca Afrykę Południową i Środkową" - pisze Atkinson.

A więc narodził się raz. I z kolejnymi falami migracji rozprzestrzenił po świecie, ewoluując razem ze swymi nosicielami. Czy u zarania był to język nostratycki? Czy może jeszcze starszy, jakiś hominidzki?

W latach 70. niemiecki językoznawca Gerhard Doerfer tak pisał o próbach rekonstruowania prajęzyka: "To rozległa, mroczna polana oświetlona jedynie wąskimi pasmami światła padającymi z góry. Na polanie tej chciałoby się bawić i rozkoszować. Tuż obok jednak rozpoczyna się gęsta puszcza glottogonii [badań nad początkami języka], pełna ciężkiego milczenia, wiecznej ciemności i rozrastających się bujnie zarośli, w których łatwo się całkiem zaplątać. Do tego ciemnego lasu nie powinniśmy wchodzić".

Czy rzeczywiście? Na razie wjazdu nie ma, ale w owym gąszczu pojawiła się chyba całkiem przyjemna przecinka. No i wreszcie możemy zacząć się zastanawiać, jak ta pierwsza mowa... brzmiała.

Wspólnej gramatyki brak

W tym samym czasie co praca Quentina Atkinsona w "Science", także w "Nature" ukazał się artykuł poświęcony mowie. I też uderzył w mit - przekonanie, że wszystkie języki mają wspólną, głęboko ukrytą strukturę, która jest zakodowana w naszych mózgach.

To teoria, u podstaw której leżą prace amerykańskiego językoznawcy Noama Chomsky'ego. Zakłada on, że każdy człowiek posiada "wrodzony instynkt mowy". Dziecko uczy się złożonego systemu reguł, które rządzą językiem, a nie po prostu wielu sekwencji słów. Taki system nauki pozwala mu na tworzenie nieskończonej ilości zdań. Przyswaja te reguły intuicyjnie, słuchając dorosłych, nikt specjalnie dziecka ich nie uczy. Dlatego w odpowiednim czasie jest w stanie tak samo dobrze nauczyć się dowolnego języka. Wszystkie ludzkie języki, jakkolwiek z wierzchu bardzo różne, u samej podstawy muszą rządzić się tymi samymi zasadami - uważa Chomsky. Ową "głęboką strukturę" widzi w gramatyce.

Czy tak jest naprawdę? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć opublikowana w ostatnim "Nature" praca naukowców z holenderskiego Instytutu Psycholingwistyki Maksa Plancka. Gramatycznych uniwersaliów poszukali oni w szyku wyrazów w zdaniu (np. w polskim grupa podmiotu poprzedza zazwyczaj grupę orzeczenia). Lingwiści komputerowo zbadali szyk zdania w językach z czterech wielkich rodzin: indoeuropejskiej, uto-azteckiej, austronezyjskiej i bantu. Program wyrysował drzewo, które miało odwzorowywać gramatyczne zależności. I co? Szyk wyrazówdysk z Fajstos - jastarszy zapis w jezyku indoeuropejskim w zdaniu okazał się rzeczą zupełnie przypadkową. Statystyka pokazała, że w kształtowaniu się go nie ma żadnych prawidłowości, które mogłyby dowodzić istnienia w językach świata głęboko ukrytej wspólnej gramatyki.

Praindoeuropejski zwierzyniec

Pierwszym, który spróbował napisać coś w języku praindoeuropejskim, był Niemiec August Schleicher (uważał, że przez analizę porównawczą współczesnych języków można zrekonstruować język-matkę). W 1868 r. stworzył bajkę "Owca i konie":

"Avis, jasmin varna na a ast, dadarka akvams, tam, vagham garum vaghantam, tam, bharam magham, tam, manum aku bharantam. Avis akvabhjams a vavakat: kard aghnutai mai vidanti manum akvams agantam".

Niestety, nikt nie jest w stanie potwierdzić, czy to rzeczywiście praindoeuropejski.

Wolny przekład na polski tego fragmentu brzmiałby jednak tak: "Ostrzyżona owca, zobaczywszy konie ciągnące naładowany wóz, powiedziała: - Serce mi się kraje, kiedy widzę, jak ludzie poganiają konie".

ŹRÓDŁO

 

O mnie i o tym czym się zajmuję

jws333

Nazywam się Jan Witold Suliga. Z wykształcenia jestem antropologiem kultury, doktorantem Ranchi University w Indiach, z zawodu - wróżbitą, terapeutą i nauczycielem. Moją największą pasją są tarot i kabała, którymi zajmuję się od ponad ćwierćwiecza. Równie długo wróżę tarotem, gdyż jest on doskonałym narzędziem umożliwiającym dokonanie wglądu w duszę i przyszłość człowieka. Moja książka „Tarot. Karty, które wróżą” była pierwszą, oficjalnie wydaną w Polsce publikacją na temat tarota. Jestem autorem wielu innych książek i publikacji poświęconych tarotowi, kabale, angelologii, wierzeniom Słowian, ezoterycznym tradycjom Europy itp. Będąc z powołania nauczycielem lubię dzielić się swoją wiedzą i duchowymi doświadczeniami. Dlatego założyłem Kabalistyczną Szkołę Tarota, prowadzę kursy i lekcje indywidualne dotyczące metod i technik wróżenia tarotem, symboliki tarota, duchowego bhp, mistycznej kabały i innych zagadnień. Jestem również terapeutą, specjalizującym się w terapii uzależnień duchowych, DDA, DDD, zaś opracowana przeze mnie terapia Mandala Duszy stanowi kwintesencję mych duchowych i życiowych doświadczeń. 

Doradztwo

TAROT.25

Karty tarota - konsultacje

Radłowska 6, Warszawa

link   

Zapraszam :)

Kabalistyczna Szkoła Tarota