Jan Witold Suliga - Bożego Narodzenia magiczny czas

Wigilijny anioł - Galeria ETNIK

Boże Narodzenie świętujemy trzy dni po zimowym przesileniu, w najdłuższą noc roku. Problem w tym, że tak naprawdę nie wiemy, w jakim miesiącu i dniu narodził się Chrystus.

 

Datę 25 grudnia przyjęto dopiero w VI wieku.  Czemu akurat tę, a nie inną? Powód był prosty. Tego dnia obchodzono w Rzymie święto Solis Invictus – Słońca Niezwyciężonego, od tygodnia zaś trwały, cieszące się ogromną popularnością uroczystości Saturnaliów ku czci boga Saturna, opiekuna rolnictwa i zasiewów, identyfikowanego z greckim bogiem Kronosem, władcą Elizjum - krainy umarłych. Co więcej, ten dzień był dniem narodzin słonecznego boga Mitry, który wyłonił się z mrocznej pieczary i przyszedł na świat po to, ażeby stoczyć zwycięski bój z czarnym bykiem symbolizującym śmierć i zniszczenie. Ustanawiając datę narodzin Jezusa Kościół uczynił to zatem w celu zaadoptowania pogańskich świąt do swoich potrzeb i nadania im chrześcijańskiego charakteru.

 

Decyzja ta pociągnęła za sobą ważkie skutki. Zimowe przesilenie wyznaczało świąteczny okres nie tylko w Rzymie, ale i również u wielu innych ludów, siłą więc rzeczy w bożonarodzeniowej obrzędowości musiało dojść do wymieszania chrześcijańskich i pogańskich obyczajów.

U Słowian grudzień był czasem zimowych zaduszek. Jeszcze w XIX stuleciu w wielu regionach Polski wierzono, iż w wigilijną noc zmarli przekraczają bramy zaświatów i nawiedzają żywych. Przepięknie opowiada o tym, odnotowana przez Oskara Kolberga, krakowska legenda. Według niej, pod wawelskim zamkiem znajduje się „drugi zamek” zamieszkały przez pochowanych na Wawelu władców. Raz w roku, o północy, w Wigilię, opuszczają oni podziemną siedzibę i, formując uroczysty orszak, obchodzą wawelskie krużganki. Wedle innej wersji podania, obchodu dokonuje Bolesław Chrobry, który rusza krokiem żelaznym przez duże dziedzińce zamkowe, a na ramieniu świeci mu niby anioła miecz. Gdy się kto z ludzi śmiertelnych z nim spotka, jeśli jest dobry, to zobaczy króla, a w sercu mu lekko i wdzięczono, a jeśli jaki zły, to go nie zobaczy, ale mu się w mózgu skręci i upadnie”.

Zmarłych z jednej strony obawiano się, z drugiej - starano się ugościć i nakarmić. Stąd wziął się, powszechny na terenach Wielkopolski, Śląska i Beskidów zakaz sprzątania stołu po Szopka, obraz na szkle, Stanisław Szymoniak - Galeria ETNIKwigilijnej wieczerzy ( żeby zmarłym nie brakowało jadła ). Z tego samego powodu jedno miejsce przy wigilijnym stole powinno być puste. Przeznaczano je dla zmarłego lub uosabiającego dusze zmarłych żebraka ( niespodziewanego gościa ). Czasami bywały to trzy krzesła. Napomyka o tym Wincenty Pol w swoim wierszu:

A trzy krzesła polskim strojem

Koło stołu stoją próżne

I z opłatkiem każdy swojem

Idzie do nich składać dłużne,

I pokłada na talerzu

Anielskiego chleba kruchy,

Bo w tych krzesłach siedzą duchy

Z kolei na Podhalu, jak odnotowuje Oskar Kolberg, górale „ciepali” w trakcie Wigilii makiem o powałę, wierząc, że jest to miejsce, gdzie gromadzą się dusze zmarłych. Jeżeli mak przywarł do powały wieszczyło to dobry, urodzajny rok, jeśli nie – wróżba była niepomyślna. Mak był u Słowian strawą przeznaczoną dla duchów. To samo dotyczyło kutii, wigilijnej potrawy Litwinów, Białorusinów oraz mieszkańców wschodniej Polski, zrobionej z obtłuczonej pszenicy, ziaren maku, miodu, bakalii i orzechów.

Razem ze zmarłymi w tę niezwykłą noc budziły się z zimowego snu rośliny i zwierzęta. Te pierwsze zakwitały albo puszczały pąki, te drugie zyskiwały zdolność mówienia ludzkim głosem i przepowiadania przyszłości. Świadkami tych cudów mogli być jedynie ludzie o czystych sercach. Złym przytrafiało się to, co pewnemu bohaterowi świętokrzyskiej legendy. Człowiek ów, chcąc podsłuchać, o czym rozmawiają ze sobą krowy i owce zakradł się w Wigilię do obory i usłyszał, że następnego dnia umrze ( co też się stało ).

Nic więc dziwnego, że tego dnia starano się być uprzejmym dla wszystkich, nie wolno było wszczynać kłótni, wymierzać dzieciom kar cielesnych,  przeklinać, pożyczać komuś pieniądze („żeby rok nie przynosił straty” ) kłaść się do łóżka przed Pasterką ( „żeby się zboże nie kładło” ). Należało natomiast wstać wcześnie rano, obmyć się zimną wodą, zjeść na śniadanie chleb z miodem i popić go kieliszkiem gorzałki ( „żeby rok był dostatni” ),  a potem pościć aż „do pierwszej gwiazdki”. Dobrze widziane było także składanie życzeń wszelkiego dobra sąsiadom, przyjazne ich pozdrawianie, dawanie jałmużny żebrakom, obfite karmienie zwierząt. Wszelkie prace gospodarskie i domowe winny zakończyć się do południa lub wczesnego zmierzchu. To samo dotyczyło przygotowań do wigilijnej wieczerzy.

  Szopka, obraz na szkle, Krzysztof Okoń - Galeria ETNIK

Izba musiała być posprzątana i dopiero wtedy wznoszono do niej snopy zboża, które nazywano „dziadami”. W wielu okolicach, na przykład na Pogórzu i Ziemi Sądeckiej, słomę rozpościerano również na podłodze, kładziono pod stołem i zawieszano pod powałą. Miało to upamiętniać stajenkę, w której urodził się Chrystus, ale i też zapewnić urodzaj na cały następny rok. Słomę albo siano wtykano również pod obrus posypany ziarnem, po czym stawiano na nim talerz z bochenkiem świeżo upieczonego chleba i jabłkami, a w południowej Polsce - miskę z olejem, czosnek, flaszkę wódki. Centralne miejsce zajmował opłatek. Pod stół należało położyć siekierę lemiesz od pługa lub kosę w celu ochrony domu przed złem.

 Choinka stanowiła najważniejszy element świątecznego wystroju.  Obyczaj jej stawiania i ozdabiania świecidełkami dotarł do Polski z Niemiec w pierwszej połowie XIX wieku. Z początku przyjął się w miastach, na wsiach zaczął się rozpowszechniać dopiero w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, zaś jeszcze w latach sześćdziesiątych był on całkowicie nieznany na Sądecczyźnie i w Beskidzie Śląskim. Choinka wyparła starszą odmianę „bożego drzewka” występującego głównie w Małopolsce, na Ziemi Sandomierskiej i Lubelszczyźnie. Był to, zawieszony pod sufitem wierzchołkiem do dołu, czubek iglastego drzewa lub słomiana, drewniana bądź druciana obręcz z przywiązanymi do niej gałęziami sosny, ozdobiona jabłkami, orzechami, ciasteczkami, słomą i krążkami z papieru oraz wykonaną z opłatka kulą, tzw. „światem”. Ozdobę tę nazywano podłaźnikiem bądź Podłaźniczka - Galeria ETNIKpodłaźniczką, rzadziej - „wiechą”, „gajem”, „jutką”, „sadem”, „rajskim drzewkiem”. Podłaźniczka chroniła dom przed urokiem, zapewniała urodzaj, płodność, bogactwo, a dziewczętom – dobrego męża. Wierzono, że wiszące na niej jabłka i orzechy leczą bóle zębów. Stanowiły one pokarm zmarłych. Ich zjedzenie miało gwarantować przyrost sił witalnych, niekiedy traktowano je jako afrodyzjaki. Podłaźniczkę przechowywano w domu aż do święta Jana Chrzciciela ( 24 czerwiec ), po czym wtykano jej gałązki w bruzdy pól, by odwracały złe uroki. Tę samą moc posiadały wykonane z opłatka ozdoby choinkowe - podlaskie „gwiazdy” oraz, typowe dla Małopolski i Polski centralnej, kuliste „światy”. Obok nich zawieszano zrobione z kolorowego papieru łańcuchy.

Wigilijna wieczerza rozpoczynała się tuż po zmierzchu. Jak pisze Julian Ursyn Niemcewicz, „niecierpliwie czekano pierwszej gwiazdy, gdy ta zajaśniała zbierali się goście i dzieci, rodzicie wchodzili z opłatkiem na talerzu, a każdy z obecnych, biorąc opłatek obchodził wszystkich zebranych (…) i łamiąc się powtarzał: Bodaj byśmy na przyszły rok łamali się ze sobą”.

Tradycja nakazywała podzielić się opłatkiem również ze zwierzętami. Różnił się on od opłatka dla ludzi kolorem ( żółty w Małopolsce, zielony w sądeckim, czerwony lub niebieski – na Mazowszu ). Teraz dopiero wolno było zasiąść do wigilijnej uczty. Spożywano ją w skupieniu, pamiętając, że trzeba skosztować wszystkich potraw, żeby – jak to określił jeden z mieszkańców mazowieckiej wsi - „każdemu wedle ich pełnej ilości się darzyło”.

Jaka to była „pełna ilość”?  Z reguły – nieparzysta, liczba ta bowiem uchodziła u Słowian za szczęśliwą. Zależnie od regionu i zasobności gospodarstwa na chłopskim stole musiało się znaleźć pięć albo siedem potraw, na szlacheckim – dziewięć, a na magnackim – jedenaście (bywało i więcej). Trudno powiedzieć kiedy nieparzystą siódemkę czy dziewiątkę zaczęła wypierać parzysta dwunastka kojarzona z liczbą apostołów i miesięcyPodłaźniczka - Galeria ETNIK w roku. Z pewnością przyczynił się do tego Kościół, ale i też spowodowały to media. Pod tym względem Polska jest wyraźnie podzielona,. Są w niej regiony, gdzie podaje się dwanaście potraw, są i takie, gdzie obowiązkowo musi ich być nieparzysta ilość.

Nie uległa natomiast żadnej zmianie podstawowa zasada doboru produktów wigilijnego jadłospisu. Muszą one pochodzić z lasu, łąki, ogrodu, rzeki ( stawu ) oraz pola. Na stole powinny znaleźć się jabłka, orzechy, mak, kapusta, fasola, groch, wyroby z kaszy i mąki, jajka, no i oczywiście ryby. Wśród tych ostatnich przeważał na wsiach śledź, w domach szlacheckich spożywało się jesiotra lub karpia. Do powszechnie występujących potraw należy czerwony barszcz, kluski z makiem, pierogi z grzybami, zaś w całkowitym niemal zaniku jest „siemieniuch” albo „siemieniec” – zupa zrobiona z lnianego siemienia. Dania podaje się w określonej kolejności, zwykle zaczynając od barszczu lub innej potrawy zrobionej z buraków, kończąc na „słodkościach”. Jako przykład niech nam posłuży opis wigilijnej wieczerzy z okolic Łowicza zamieszczony w „Chłopach” Władysława Reymonta: „Najpierw był kwas buraczany, gotowany na grzybach z ziemniakami całymi, a potem szły śledzie w mące odmaczane i smażone na oleju konopnym, potem zaś pszenne kluski z makiem, a potem szła kapusta z grzybami olejem również omaszczona. A na ostatek (…) przysmak prawdziwy, bo racuszki z gryczanej mąki z miodem zatarte i w makowym oleju uprażone…”.

Wigilię zjadano niegdyś w milczeniu, dla podkreślenia jej postnego charakteru. Uważano przy tym, by za stołem zasiadała parzysta liczba osób ( nieparzysta oznaczała, że kogoś za rok ubędzie). W przerwie śpiewało się kolędy. Obyczaj ten zaczął się rozpowszechniać w XV wieku, przynieśli go do Polski franciszkanie. Pierwotnie były to kolędy łacińskie, ale już w dwieście lat później przewagę nad nimi zyskała polska, rodzima twórczość kolędnicza. Swoje apogeum osiągnęła ona w XIX stuleciu, kiedy to powstały najsłynniejsze kolędy -  „Bóg się rodzi”, „W żłobie leży”, „Lulajże Jezuniu”. Zazwyczaj opowiadały one o cudzie narodzin Chrystusa, któremu spieszą złożyć hołd ludzie z całego świata. Nie tylko oni. Jak przekonuje nas zapisana przez Oskara Kolberga krakowska kolęda, również zwierzęta i ptaki:

W dzień Bożego narodzenia, ptactwo chwali Pana (...),

Król orzeł najprzód przyleciał, gdy się o Godach dowiedział:

Nawiedził dzieciątko, małe pacholątko w Betleem.

Ptactwo też się dowiedziało, za królem swym leciało,

Na królewskie gody, nie pili tam wody, lecz wino (...).

Zaczem wszystek dom okryli, gdy się w szopie nie zmieścili,

Potem zgodne głosy, wrzaski pod niebiosy leciały (...)

Kur jako gospodarz domu, wiedząc co rozkazać komu,

Kazał mało gadać, a owocu dawać dostatkiem,

Pana  obudził swem pianiem, by żyli jego staraniem,

 Czeladź i dziadki, by mieli dostatki...”

Obyczaj obdarowywania się prezentami przyjął się na wsi polskiej bardzo późno, dopiero w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku. Kto jDziady żywieckiee przynosił? Na pytanie to większość współczesnych Polaków odpowiada, że święty Mikołaj. W przekonaniu tym utwierdza nas rozpowszechniany na disnejowskich kreskówkach wizerunek tego dobroczyńcy, który upodobnił się niemal całkowicie do odzianego w czerwony kożuszek skrzata. Wygląd ten święty Mikołaj uzyskał w Ameryce. W Europie czczono go jako roznoszącego dary biskupa. Na polskiej wsi był on jedną z wielu postaci odgrywanych przez przebierańców, których - od jego imienia - nazywano w regionach południowej Polski „czornymi Mikołajami”. Swoje miano zawdzięczali temu, że przewodził im Lucyper, oni zaś łamali swoim zachowaniem kościelne nakazy obowiązujące w okresie Adwentu, śpiewając sprośne piosenki, hałasując i nagabując nieprzystojnie niezamężne dziewczyny.

Do miast „czorni Mikołaje” się nie zapuszczali, tu „działał” tylko Mikołaj-darczyńca. Grzecznym dzieciom przynosił prezenty, dla niegrzecznych miał schowane w worku rózgi. W Małopolsce i na Pomorzu nie pojawiał się na Wigilię wcale. Jego funkcję sprawował anioł nazywany niekiedy „gwiazdką” albo „gwiazdorem”. Podobną nazwę nosili na Kaszubach, w Wielkopolsce i na Śląsku przebierańcy, którzy w wigilijną noc nawiedzali domy odziani w białe płachty obwiązane powrósłem ze słomy. Niektórzy z nich byli przebrani za niedźwiedzia, babę, diabła, dziada, bociana i kozę. Towarzyszył im chłopiec niosący świecącą gwiazdę zrobioną z kolorowego papieru lub bibuły.

Wszystkich tych gości trzeba było wpuścić do domu, wysłuchać ich oracji, śpiewów, pośmiać się z czynionych przez nich psikusów i obdarzyć jadłem oraz napitkiem. Ich pojawienie się uznawano za szczęśliwy omen, dlatego nie wolno było okazywać im niechęci czy pogardy. Przeciwnie. Na życzenia pomyślności należało odpowiedzieć podobnymi życzeniami, ufano bowiem, że tej nocy wypowiedziane słowa zyskują szczególną moc i się spełnią. Z tej samej przyczyny Wigilia zaczynała się od składania sobie życzeń, które jeszcze do niedawna adresowano także do każdej, spożywanej potrawy ( np. „mnóż się zboże” przy potrawach z mąki, „wiąż się groszku” przy potrawach z grochu i fasoli itp. ). W ten sam sposób zaklinano urodzaj, stukając trzonkami siekier o pnie owocowych drzew i życząc im, by dobrze rodziły.

Wraz z zanikiem tych obyczajóDziady żywieckiew coraz większego znaczenia nabierała Pasterka - uroczysta msza w kościele odprawiana o północy ku czci narodzin Jezusa. Uczestnictwo w niej traktowano niegdyś jako obowiązek. Jej główną atrakcją, a zarazem obiektem modlitewnej adoracji stawała się szopka umiejscowiona w jednej z naw świątyni. Zwyczaj ten rozpowszechnili w XIV i XV wieku franciszkanie. Pod jego wpływem zrodziła się w Polsce tradycja „chodzenia z szopką”, w której rolę Dzieciątka, Matki Boskiej, świętego Józefa oraz innych, wspomnianych w ewangeliach postaci, odgrywały ruchome kukiełki albo wycięte z papieru lub tektury figurki.

Wykonaną z drewna, kolorowego papieru lub innych materiałów szopkę nosili kolędnicy. Prezentowane przez nich pokazy nazywano jasełkami. Jak czytamy u Kitowicza, w trakcie jasełek oczom widzów ukazywali się nie tylko „pasterze padający na twarz przed narodzoną Dzieciną (…)”, ale i również „widać było (…) rozmaity stan i ich zabawy: panów jadących w karetach, szlachte i mieszczan pieszo idących, chłopów na targ wiozących dwa, zboże, siano (…), niewiasty dojące krowy, Żydów różne towary do sprzedania w ręku trzymających i tym podobne akcje ludzkie…” itp. Z biegiem lat przybywało bohaterów jasełek, zmieniał się również  ich repertuar, często w prześmiewczy sposób odnoszący się do bieżącej sytuacji kraju, polityki, problemów ekonomicznych i społecznych. Po zakończeniu pokazu kolędnicy zbierali datki, a odchodząc śpiewali:

Za kolędę dziękujemy,

Zdrowia szczęścia winszujemy

Na ten Nowy Rok!

Bądźcie państwo szczęśliwymi

Oraz błogosławionymi

Na ten Nowy Rok!

Chodzenie z szopką inaugurowało bowiem nastanie nowego roku i czasu, kiedy wolno było bawić się oraz jeść i pić do syta. Ten trwający przez dwanaście wieczorów, od drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia aż do święta Trzech Króli okres nazywano Szczodrymi Dniami albo Godami. Po nich następował Zapust – karnawał. Ale to już inna historia.

vseperestroy.ru | autogrubin.ru | vestyrizm.ru | ivotremont.ru | detityt.ru